Sponiewierany przez Ostrego Jak Maczeta - Street Food Polska
close
Sponiewierany przez Ostrego Jak Maczeta

Sponiewierany przez Ostrego Jak Maczeta

0udostępnień

Tak patrzę na ludzi oraz ich pasje i zastanawiam się, czy wszystko ze mną w porządku. Jedni  zdobywają szczyty zasypani po pas w śniegu, drudzy wyciskają sto osiemdziesiąt kilogramów na klatę, trzeci konstruują urządzenia zmieniające świat na lepsze,  a ja akurat jaram się ostrymi jak brzytwa potrawami, których spożycie kończy się dla mnie drgawkami, uczuciem topienia w gorącymi oleju i potwornymi problemami gastrycznymi. Sytuacja powtarza się oczywiście kolejnego dnia, kiedy cierpię na porcelance, lecz mimo ogólnej przyjemności porównywalnej do psiknięcia sobie porcją gazu pieprzowego w twarz i tyłek, włącza mi się jakiś cholerny syndrom sztokholmski, więc dalej mam ochotę współpracować ze swoim oprawcą, przebijając kolejne granice bólu wywołanymi milionami SHU wdzierającymi się do mojego krwiobiegu. 

Choć próbę zmierzenia się z burgerem o wdzięcznej nazwie Ostry Jak Maczeta miałem podjąć dobry rok temu, finalnie do wcześniejszej konsumpcji nie doszło, lecz plan autodestrukcji pozostał na kolejną wizytę w Krakowie. I stało się. Wylądowałem z moim człowiekiem, również miłośnikiem dużych ilości SHU w dawnej stolicy Polski. Burgerownia M22 przywitała nas przyjemnym zapachem smażonej wołowiny, dużym wyborem buksów w niezłych cenach i wolnymi stolikami. Przed wjechaniem na stół najostrzejszego burgera w Małopolsce, postanowiliśmy zrobić delikatny podkład. 

Patrzę na ścianę z wypisanym menu, całkiem pokaźnym menu, by wybrać finalnie Don Cheese, czyli 200 gramów wołowego mięcha, serwowanego z plastrem sera cheddar, bukietem warzyw i sosem. Kontrolne pytanie obsługi o wysmażenie, a to zawsze wybieram na medium, napój do popicia, czekamy. Nie minęło nawet dziesięć minut i mogłem cieszyć się Don Cheese. Konstrukcja wzmocniona wykałaczką do szaszłyków, której szybko się pozbyłem. Pierwsze co przyciąga mój wzrok, poza sporym rozmiarem burgera to liść sałaty lollo, coraz śmielej pakowanej przez różne restauracje w bułę. Zdecydowanie nie jest potrzebna. Otwieram paszczę Don Cheesa, szybki przegląd. Są plasterki czerwonej cebuli, plasterki pomidora, ogórasy kiszone, roztopiony plasterek cheddara, sos. Gryzę, smakuję, próbuję. Mięso dobrze doprawione, soczyste, wysmażone na medium jak chciałem to jest git. Warzywa świeże, dodające przyjemnej lekkości, ser się ciągnie, sos przypomina mi smakowo delikatną musztardę, w tym zestawieniu jednak pasuje. Za to z bułą się nie polubiłem. Smakowo neutralna, przyjemnie chrupiąca z wierzchu, jednak straszne szybko się zapada gąbka jedna. Finalnie oceniam jednak Don Cheesa na 8/10. Naprawdę porządny kawał klasyki. Pojedlim, popilim, czas na burgera uchodzącego za postrach kozaków. 

Ostry Jak Maczeta. Możemy przystąpić do wyzwania, zjeść po sztuce, wytrzymać dwadzieścia minut bez popijania i opuszczania lokalu, nawet bez możliwości wyjścia do toalety i mieć tego buksa za free oraz uścisk dłoni prezesa, jednak decydujemy się po prostu na próbę zjedzenia go na pół. Przed złożeniem zamówienia podpisujemy oświadczenie, że nikt nam lufy między łopatki nie przyłożył, zrobiliśmy ten popis kretynizmu na własne życzenie i w razie problemów zdrowotnych nic do lokalu nie mamy. Szast prast, na stole pojawia się król zniszczenia oraz czarne lateksowe rękawiczki. Skład burgera podobny do Don Cheese, tyle że sos to dzieło szatana. Papryczki Jalapeno i Habanero znajdujące się w tym sosiwie nikną wśród takich gwiazd kapsaicynowej destrukcji jak Ghost Pepper, Trinidad Scorpion czy Apocalypse – najnowszej odmiany Carolina Reaper, uważanej za najostrzejszą paprykę świata. Żeby nam po kropli w tego burgera nalali, ze trzy nawet, jednak nie. Tam jest gruba warstwa tego dziadostwa, aż się wylewa. Już przy krojeniu tego na pół kumplowi lecą łzy, a zapach osusza śluzówkę w nosie.

Biorę palcem kroplę sosu, ładuję ją na środek języka i w tym momencie jest źle. Pierwszy gryz burgera, dociera do mnie, że teraz jest bardzo źle. Drugi gryz, sytuacja jest już tragiczna. Moim ciałem wstrząsają drgawki, pali każdy wdech i wydech, nos zamienia się w Niagarę, podobnie z oczami. Dziąsła, język, przełyk i usta atakuje potworny ból, jakbym ciął je żyletkami, posypywał solą, przypalał palnikiem acetylenowym. Nigdy nie próbowałem takich atrakcji, lecz tak sobie myślę, że efekt byłby podobny. Muszę wyjść przed lokal. Wokół śnieg, temperatura w granicach zera, a ja chcę wręcz zedrzeć z siebie sweter. Brzuch pulsuje, drętwieją mi stopy i dłonie. Chwila odsapnięcia, wracam walczyć dalej. Kolejne dwa gryzy lądują w moim żołądku, jestem w połowie połowy, kapituluję. Przeżuwam szybko, by znów wyjść na dwór. Choć nie, przecież w Krakowie jestem, na pole wychodzę, na pole. Mimo potwornego zmęczenia bluzgam ile sił. Pomaga na chwilę. Krótką chwilę. Atakuje mnie niewidzialny przeciwnik, najlepszy krakowski ninja. Nie widzę go, lecz czuję. Pulsujący, potworny ból żołądka, jakby ktoś go metodycznie kopał. Nigdy w życiu czegoś takiego po ostrym nie czułem. Organizm nie wytrzymuje. Szybkim krokiem wracam do lokalu, wpadam do toalety i oddaję całe zamówienie Posejdonowi. Wracający burger pali raz jeszcze, tyle że słabiej. Mój kompan walczy do jakiś 2/3 z jego połówki i kapituluje. Choć nie kończy jak ja, cierpi drugi raz jeszcze tego samego wieczoru. Burger Ostry jak maczeta pociął nas na drobne i myślę, że zniszczy niejednego śmiałka, który postanowi go pokonać. Nie opiszę jego smaku, bo smak niknie w kapsaicynowej lawie przebijającej ostrością wszelkie znane mi specyfiki.  ~2 500 000 SHU, wiesz co jest synku? Twój ulubiony, niezwykle pikantny dla ciebie sos Tabasco ma coś około 3000 SHU, ten „piekielnie ostry” sos Sriracha lany do kebsa daje do 8000 SHU, więc jeśli chcesz wejść od razu na poziom extreme crazy m’fucker, burgerownia M22 stoi przed tobą otworem, podobnie jak znajdująca się 350 metrów dalej Bazylika Mariacka, gdzie możesz się pomodlić przed i po zjedzeniu Ostrego. 

Na koniec dodam, że kilku maniaków zaliczyło wyzwanie z tym burgerem, ponoć bez jakiś strasznych problemów, co oznacza, że mamy w kraju mutantów, a w historii M22 już cztery osoby odwiedziło w lokalu pogotowie. Maszeruj albo giń, tam nie ma miękkiej gry, lecz burgery są dobre. 

Arek Tysiak

M22 – św.Marka 22, 31-024 Kraków

Facebook – https://www.facebook.com/M22BeefChips

Amerykańskie sieciówki. Część 2 – ARBY’S

Amerykańskie sieciówki. Część 3 – Denny’s

Dodaj komentarz