Kontynuując dążenie do mojego życiowego celu, czyli odwiedzenia wszystkich burgerowni na świecie…a przynajmniej na początek w Warszawie, odwiedziłem kolejne miejsce – Meat Meet. Tym razem wybieram wersję Bacon ( 18 zł ) – czyli podstawowego burgera wzbogaconego boczkiem. Jako, że tego dnia pogoda nas nie rozpieszczała postanowiłem lekko go podostrzyć jalapeno, kilkoma kroplami tabasko, a jako sos wybrałem sos musztardowy. O stopień wysmażenia mięsa nikt mnie nie pytał, dlatego jak zawsze zdaje się na wyobraźnie kucharza. Czekam dosłownie parę minut, ponieważ przede mną w kolejce nie ma nikogo i kanapeczka trafia w moje ręce. Co pierwsze rzuca się oczy, to fakt, że nie wygląda ona jakoś wyjątkowo apetycznie.
W środku poza mięsem znajdziemy mnóstwo poszatkowanej sałaty, troszkę czerwonej cebuli, ze dwa plasterki ogórka oraz dwa nieduże kawałki boczku. Zacznę od bułki – mamy tutaj zwykłą, niewyróżniającą się sezamową kupną bułkę, która na chwilę trafiła na grilla. Całkiem nieźle trzymała całość, jednak jej smak zupełnie gdzieś zniknął. O takie trzymadło dla dodatków. Jeżeli chodzi o dodatki – nie można im raczej zbyt wiele zarzucić – no może poza ich ilością. Sałaty było zdecydowanie za dużo, a reszty było zdecydowanie za mało. Boczek był jak dla mnie zbyt ciągnący, chociaż przy tej ilości nie robiło to zbytniej różnicy, ponieważ i tak był zupełnie niewyczuwalny. Mięso – lekko przesmażone, nieźle przyprawione, ale niczym się nie wyróżniające. Najbardziej wyczuwalny w całym burgerze był sos musztardowy, który całkowicie zdominował smak burgera.
Podsumowując, był to zupełnie przeciętny burger, którego zjadłem, ale którego raczej drugi raz nie zamówię o ile nie będzie to jedyny burger w okolicy, a ja nie będę bardzo głodny.







