Adam (MyFoodTruck.pl):
Na zlocie, który odbywał się na błoniach stadionu narodowego, szukaliśmy głównie nowych food trucków wśród 60 innych pojazdów, więc docieramy do debiutanta, jakim okazał się Italian Food Truck. Włoskie dania, czyli makarony i pizza. Moja partnerka od samego początku nastawiona była na dania z makaronu, sam byłem również przychylny jej decyzji szukając odpowiednika food trucka „pasta ale jazda”, który kiedyś serwował bardzo dobre jedzenie na bazie makaronu i sosów. Zamawiamy więc makaron i dodatkowo pizzę salame. Pierwszy do nas trafia makaron linguine (czyli długie paski klusek i w mojej opinii najlepsze z dostępnych w food trucku) z sosem śmietanowym i szpinakiem. Pomimo braku mięsa porcja jest bardzo smaczna i przede wszystkim duża a sosu na tyle aby skosztować danie aż do końca.
Przechodzimy do pizzy z salami o średniej wielkości, dla 2, maksymalnie 3 osób. Ciasto jest bardzo cienkie nawet na brzegach, a ilość salami wystarczająca, aby pokryć pizzę tego rozmiaru. Sosy do pizzy są dostępne, ale w naszym przypadku byliśmy bardziej zadowoleni możliwością urywania liści bazylii z doniczek stojących przy ladzie food trucka, a w przypadku makaronów również idealnie sprawdzały się świeże listki kolendry, i za to plus.
Kolejnego dnia zlotu powróciliśmy do tego samego trucka zasmakować innych dań z makaronem, tym razem poprosiliśmy o penne z czterema serami
oraz kolejną porcję z kurczakiem i borowikami w sosie śmietanowym.
Oba dania były wyśmienite i tak dobre jak pierwszy traf, czyli linguine ze szpinakiem, które przypadło nam najbardziej do gustu. Do pełni szczęścia, w ich menu brakowało jedynie carbonary z grillowanym boczkiem i oregano, natomiast opcję z owocami morza zostawiliśmy sobie na kolejny raz.
Urban Burrito – małe, drewniane i niepozorne stoisko, stojące prawie na samym środku placu. Doszukaliśmy się ich dopiero drugiego dnia zlotu, a to że kuchnia meksykańska również mi sprzyja, nie zaszkodziło, aby porównać ich propozycję z podobną kuchnią, jaką chociażby serwuje food truck Wheel Meal czy też Taco Libre. Kilka rodzajów burrito, między innymi kurczak albo szarpana wołowina w wielkościach średnich (ok. 17 zł) i dużych (ok. 22 zł). Wiele osób polecało wołowinę, tak też i zamówiłem. Na średniej wielkości i bardzo cienkim placku (z wyglądu i smaku bardzo zbliżonym do lawasza – świetnym z resztą) ląduje pulled beef (według mnie ok. 100g), do tego czarna fasolka z ryżem, pomidor z warzywami pokrojony w kostkę i posypana świeża kolendra. Wszystko to na końcu polane jest łagodnym białym sosem na pół z ostrym. Całość następnie zostaje zwinięta w placek i opiekana w dociskanym grillu. Zamówiona średnia wielkość porcji jest bardzo mała, znika bardzo szybko po kilku kęsach. Nie wiem na ile porcja duża jest większa od średniej, ale w cenie ok 17 – 18 zł spodziewałem się posiłku (pomimo dobrej jakości i bardzo smacznego) chociaż minimalnie zabijającego głód. Większe porcje i będzie bardzo dobrze.
Mateusz Suchecki:
Szerdelek – Charakterny Cymes, czyli miało być jak u Grzesiuka, a trochę się rozmyło. Towarzystwo zachwala, namawia, mówi, że przetestowane i warto. Kaszanka chodziła za mna kilka dni, tak że chętnie spróbowałem ich wersji w bułce: Praski kawior za całe 10 złociszy. Cena wspaniała, wszak kaszanka jest produktem stosunkowo tanim do wyprodukowania. Porcja konkretna o składzie: kaszanka domowej roboty, duszona cebula, prażone jabłka, ogórek marynowany, musztarda i cos ostrego. I niby prosto i subtelnie, jednak kaszanka zbyt kaszowa, jabłka coś nie czuć i zabrakło elementu przełamujacego dość mdłą kompozycje. I chociaż słowa złego nie powiem na szybkość i sympatyczność obsługi oraz cenę tak niską w stosunku do innych Food Trucków, to jednak jestem przekonany że Praski kawior można podawać lepiej i charakterniej, tym razem Cymesowi zabrakło ostróg.
Padło hasło: „W Chyżym Wole piąta ćwiartka!”, no to raz czym prędzej do stanowiska na ogony wołowe (16 zł/150 g). Poczekaliśmy chwilkę, ze znieciepliwieniem przestępując z nogi na nogę, chociaż czas oczekiwania był naprawdę krótki. Buła konkretna, porcja solidna, pachnie pięknie, ogony duszone w winie i sosie Marinara, delikatne i miękkie. I cóż – dobre to było, jednak tutaj znowu zabrakło mi elementu przełamujacego, dodanie prostego jalapeno załatwiłoby problem, gdybyśmy byli bardziej kreatywni to z pewnością jakaś marynata, odrobina pikla czy coś sfermentowanego pasowałoby jak ulał.
Jeżeli pod samochodem stoi tłum ludzi i wszyscy jedzą, to znaczy, że jest szybko i smacznie. Mowa o BratWurst, pięknie pachnie, kolejka szybko idzie a obsługa bardzo uprzejma. Bierzemy kanapkę ze smażonym serem oraz kanapkę z Matiasem. Czekamy zaledwie 5 minut i dostajemy obie, dla mnie objawienie. Banalnie proste i wręcz pretensjonalne połączenia. Kanapka z serem najlepsza z całego zlotu, Matias prawdziwy (podobno z Holandii) odrobinę przytłumiony jajkiem, którego taka ilość była zbędna. Dziękuję, poza jajkiem brak jakikolwiek uwag.
La Chica Food Truck – ależ zagrzmiało w internecie o tym aucie. Marcin ciągnie, wszak przed dwoma tygodniami wrócił z Kuby i stwierdził, że na wyspie jedzenie go nie porwało, to może chociaż w Polsce się uda? Czas oczekiwania: bagatela 60 minut, cena: zaledwie 20 złotych. Jednakże w tej cenie dostaniemy pieczywo pieczone na miejscu bo inaczej czasu oczekiwania nie potrafię sobie wytłumaczyć, pulled pork czy coś w ten deseń o bliżej nieokreślonej formie, troche zielska, sera, szynki. Wychodzi jak? Nijak. Obsługa jest powolna i niemiła, czas oczekiwania przerażający, a smakowo to już lepiej iść na kanapkę ze smażonym serem. Nie polecam, nie pozdrawiam.
Marcin Malinowski:
Kaszpir:
Tom yum… Jeszcze nie rozpaliły się grille w food truckach a już po okolicy roznosił sie zapach orientalnych przypraw a otwarta burta zapraszała do odwiedzin w Przystanku Sushi. Chłopaków znałem już z Targu Śniadaniowego i bardzo podchodziła mi ich sprawność kręcenia rolek, więc z ochotą ustawiłem się by spróbować zachwalanej przez nich debiutanckiej zupy.
Ostrość przełamana smakiem mleczka kokosowego (ortodoksi go nie uznają, ale ja uwielbiam). Obłędny zapach. A w środku kawałeczki mięciutkiego kalmara, grzybki shitake i oczywiście doskonale ugotowane krewetki. Wszystko prawie rozpływające się w ustach, ale nie rozgotowane. Dodatek ryżu powoduje, że za 12 złotych otrzymujemy jeden z najlepszych eintopfów jakie jadłem w warszawskich food truckach. Moja od dziś obowiązkowa pozycja podobnie jak wege curry od Pot Spota.
Schowany w rogu placu Italian Food Truck kusił i kusił. W końcu skusił. I to jak skusił. Wielkie pudełko po brzegi wypełnione solidną porcją penne dokładnie sklejonego aż czterema pysznymi serami (16 zł). Saint Agur znam z burgerów American Food Truck (zaprzyjaźnionej marki Włochów), ale prawdziwy Parmigiano Regano i Le Rustique to była naprawdę serowa uczta. Smaki przeplatały się przez całe danie i doskonale uzupełniały a zapach wręcz oszałamiał. Na pewno skuszę się jeszcze nie raz, a już na pewno na ich popisowy makaron ze szpinakiem, który się niestety bardzo szybko skońćzył.
Obaj debiutanci – rewelacja.
Zdjęcia: Street Food Polska i MyFoodTruck.pl













































1 Comment