Dzisiaj wpis nieco nietypowy. Mała wycieczka do Libanu i poznanie tamtejszych street foodów dzięki ekipie Renamentu – niebawem otwierającego swe podwoje w Kielcach nowego miejsca z jedzeniem. Powiem szczerze, że ofertę szykują bardzo ciekawą i mam nadzieję, że nieźle nas zaskoczą. A teraz zapraszam do lektury:
Otwarcie Renamentu – pierwszego w Kielcach gastrobaru zbliża się wielkimi krokami. Tymczasem ekipa lokalu poszukiwała w Libanie nowych smaków i inspiracji, którymi wkrótce zaskoczy swoich klientów.
Liban to jak wiadomo stolica hummusu, o który toczy się bój z Izraelem, konsumującym go na równie szeroką skalę. Hummus to nic innego jak pasta z ciecierzycy i tahini, czyli innej pasty z sezamu i oliwy. W wersji podstawowej doprawiany jest zazwyczaj czosnkiem, kuminem, cytryną i kolendrą, ale tak jak w przypadku pierogów, nie ma na niego jednej receptury i w każdym libańskim czy izraelskim domu smakuje pewnie inaczej.
Hummus jedliśmy niemal codziennie w różnych miejscach, ale najlepszy znaleźliśmy zupełnym przypadkiem w Sajdzie, na południe od Bejrutu. Niewielki głód, który nas dopadł błądząc po zakamarkach souków (bazaru) skończył się wielkim obżarstwem na niewielkim placyku starego miasta. W małej knajpce nie posiadającej nawet menu na hasło „hummus”, chłopak wyjął z lodówki wielką miednicę tego specjału i kazał usiąść przy stoliku na zewnątrz. Po chwili zaczęły wjeżdżać małe miseczki z piklami (w tym różowy kalafior i rzepa ;) do tego chleb oraz wielkie porcje hummusu. Ten był naprawdę wyjątkowy, idealnie przyprawiony kuminem i kolendrą, podany z całymi ziarenkami ciecierzycy. Wszystko to nie do przejedzenia, za pornograficzną cenę …około 4 euro.
Butelka na zdjęciu to muzułmańska wersja piwa – bezalkoholowy napitek zbożowy. Mimo dość liberalnego podejścia do wiary i wysokiego odsetka wyznawców innych religii niż bezalkoholowy islam, procentowe napitki nie są tu czymś powszechnym i najwyraźniej nie robią wrażenia na Libańczykach. Laziza smakuje jak piwo bez chmielu i bez fermantacji, a więc …zupełnie nie smakuje ;) Dlatego napój sprzedawany jest też w wersji wiśniowej i imbirowej (jak dla mnie też bez szału).
Nie samym jednak humusem i zbożową oranżadką Libańczyk żyje – jak przystało na kraj arabski, królują tu także kebaby w najlepszym z możliwych wykonaniu. Jedną z ciekawszych rzeczy, która przytrafiła nam się w Bejrucie była knajpa BARBAR. Zawiózł nas tam taksówkarz, którego poprosiliśmy późnym wieczorem o polecenie dobrego lokalnego żarcia w sensownych cenach. Lokal znajduje się przy głównej ulicy miasta Hamra, właściwie są tam trzy BARBARy: na jednym rogu restauracja, obok lody i soki, a po przeciwnej stronie kanapki na wynos.
Wewnątrz tłumy, widać że jest to miejsce uwielbiane przez tubylców na równi z zachodnimi sieciówkami. Ceny głównych specjałów podawane są na eleganckim elektronicznym wyświetlaczu, podobnym do tych w kantorach. Skupiliśmy się jednak na tradycyjnym drukowanym menu wybierając Kebab Aleppo i Barbar Alayess oraz Aryan, czyli jogurt. Na początek wjechał talerz warzyw i pikli (ostra marynowana papryczka, ogórki, oliwki, rzodkiewka) okraszonych kilkoma gałązkami mięty – podaje się ją niemal wszędzie, jedni używają jej do umycia rąk, inni jako gumę do żucia po posiłku, albo po prostu jako dodatek do jedzenia.
Aleppo okazał się najprostszym szaszłykiem z mielonej baraniny, wypieczonym na grillu w sposób mistrzowski i idealnie doprawionym. Mięso było soczyste i dalekie od tego, co serwują nasze rodzime kebabownie, ścinające tajemnicze szare wióry z wielkiego brykietu. Podane z dwoma kawałkami pity oraz tabouleh, czyli sałatką z pomidora, mięty, pietruszki i kolendry z sokiem z cytryny. Barbar Alayes to to samo fantastyczne mięso, ale przygotowane w formie quesalidy, uwięzione między dwiema warstwami pity. Spróbowaliśmy też kebaba w wersji Orfali, czyli szaszłyka z baraniny na przemian z ostrą papryką oraz Eggplant – z bakłażanem.
Nieco mniejszym zainteresowaniem cieszyła się w Bejrucie sieciówka „Just Falafel”, która okazała się jedynym miejscem w centrum handlowym serwującym coś lokalnego. To nic innego jak fastfood wege oferujący smażone kulki z ciecierzycy (lub suszonego bobu) na różne sposoby. Skusiliśmy się na falafel w wersji indyjskiej i egipskiej zawinięte w razową tortillę (saj), podane jak przystało na fastfood z frytkami i pepsi. Skusił nas też hummus na ostro z jalapeno oraz nieco łagodniejszy z suszonymi pomidorami. Falafel egipski i indyjski różniły się właściwie tylko sosami – pierwszy przypominał trochę majonez (ale daleko mu do kieleckiego ;) drugi nieco pikantne curry. Moje obawy o to, że będzie to coś suchego, zapychającego i bez smaku nie sprawdziły się – same kulki były bardzo aromatyczne, a całość w niczym nie ustępowała mięsnym wersjom tortilli. Jak widać wege nie musi oznaczać czegoś nudnego i zupełnie nie kłóci się z ideą fast-food :)
Prawdziwa strączkowa uczta czekała nas jednak dopiero w Tripoli na północy Libanu. Nie jest to miasto w najmniejszym nawet stopniu turystyczne, z uwagi na stojące na ulicach czołgi, zasieki z drutu kolczastego i zwisające ze ścian zrujnowanych kamienic portrety groźnych panów z karabinami. Nie musieliśmy się zatem obawiać, że gdziekolwiek trafimy na turystyczną breję w kosmicznych cenach. I tak trafiliśmy do Akry – sporych rozmiarów restauracji karmiącej wewnątrz jednego z souków. Obsługa nie znająca innego języka niż ojczysty nadrabiała szerokim uśmiechem i nadużywanym w tym kraju „welcome”. Menu nie było, pokazali za to palcem, że wszystkie potrawy wypisane są na papierowej podkładce, którą kelner rozłożył na stoliku. Zapytani czy chcemy humus grzecznie przytaknęliśmy, podobnie jak na dwie inne, nie do końca zrozumiałe propozycje. Okazało się, że był to bardzo dobry wybór, bo prawdopodobnie jedyny – trzy miseczki ze strączkową zawartością stały na każdym z kilkunastu zajętych stolików wokół. Oprócz samego hummusu, pity i tradycyjnego zestawu warzyw wjechały także fattet hummus (mieszanka hummusu, ziaren ciecierzycy, kawałków pity – wszystko zalane jogurtem) oraz niezidentyfikowana dotychczas potrawa widoczna na zdjęciu, z ciecierzycą oczywiście – ktoś wie co to jest? :)
Podsumowując, Liban to bardzo smaczny kierunek zarówno dla kebabożerców, jak i preferujących zwierzątka biegające po łące. 13kg smaku tego miejsca udało nam się przemycić w walizce o czym wkrótce będziecie mogli się przekonać w Renamencie :)
Wpis i zdjęcia Renament – Gastrobar


























