Nowe burgerownie w stolicy (szkoda, że nie na Podkarpaciu…) naszego pięknego kraju pojawiają się jak grzyby po deszczu. Od czasu do czasu zdarza mi się Warszawę odwiedzać i w zasadzie za każdym razem trafiam na coś nowego. Tym razem na ul. Grójeckiej, w bardzo bliskim sąsiedztwie znanej kebabowej sieciówki, wypatrzyłem lokal z szyldem Boss Burger. Kebab nęcił, ale z uwagi na to, iż już kilka razy u nich jadłem, postanowiłem sprawdzić co serwuje nowy lokalik obok.
Samo miejsce jest dość niewielkie, ale i tak zamierzałem wziąć na wynos (zawsze mnie coś śpieszy… przepraszam za to). W trakcie szybkiego przeglądania menu wypisanego na ulotce, którą oczywiście zgodnie z moją tradycją zabrałem ze sobą, rzuciłem pod nosem ni stwierdzenie, ni pytanie: „hmm, nowy lokal z burgerami”… Na co szybko dostałem odpowiedź, że to fakt, iż działają od niedawna, ale już wkrótce otwierają drugi lokal na Targówku. Teraz jestem nieco zdziwiony, bo skoro tak – wygląda na to, że interes się kręci – a w „necie” nie znalazłem żadnej ich oficjalnej strony, ani nawet profilu na FB. Jedynie wzmianki i informacje, że taki lokal w ogóle istnieje.
Ale do rzeczy, bo czas goni… Co my tu mamy? Nawet i kuchnię meksykańską, chociaż nie zamierzam kombinować za pierwszym razem i zamawiam classic burger single – 12 PLN. O stopień wysmażenia mięsa nie pytam, ani niczego nie sugeruję. Jedynym moim życzeniem jest dodanie ostrego sosu.
Odbieram pudełeczko i uciekam. Zdaję sobie sprawę, że wystarczy te 15 minut i hamburger nie wygląda i smakuje już tak, gdybym jadł go na miejscu, ale szczerze mówiąc byłem zaskoczony. Wszyscy jesteśmy już przyzwyczajeni, że nie ma co się ślinić do zdjęcia na ulotce czy reklamie, bo i tak dostaniemy coś innego. W tym wypadku grafik chyba nie ingerował zbytnio w to zdjęcie – burger wyglądał praktycznie tak jak na fotce (chociaż może na fotkach mojego autorstwa tak się nie prezentuje). ;)
Wgryzam się i… Czuję klasykę, w jej doskonałej prostocie. Zacznę od bułki, bo urzekła mnie najbardziej. Na tak smaczną, tak przyjemnie chrupiącą, a do tego idealnie trzymającą wszystkie składniki, od pierwszego do ostatniego kęsa bułeczkę dawno w przypadku burgera nie trafiłem. Zwykła, sezamowa, bez wydziwiania (jakoś nie przepadam za maślanymi czy innymi „wynalazkami” – zupełnie mi nie pasują do burgera), ale przede wszystkim smaczna, idealnie zgrillowana i spełniająca swoją funkcję.
Mięsko… Nie musiałem jednak wspominać o średnim wysmażeniu. Nie było po co; widać kucharz zna się na rzeczy i wie co robi. :) Soczyste i dobrze doprawione. Dodatki, jak to w klasyku – sałata, dwa plastry pomidora, cztery plasterki ogórka konserwowego. Świeże, chrupiące i są wtedy kiedy ich potrzeba. Dobrym wyborem było „zażyczenie” sobie dodania ostrego sosu, choć początkowo miałem obawy, czy nie jest czasem za ostry (mają meksykańskie dania w menu przecież…) – ale niepotrzebnie. Ostrość grała, lecz nieprzesadnie. „Ktoś tu się zna na proporcjach”, pomyślałem… Niczego za dużo, ani za mało. Złoty środek?
Podsumowując: mafia approved quality. Classic z Boss Burger dobitnie potwierdził powtarzaną w kuluarach tezę, że Warszawa burgerami stoi. Przy następnej wizycie postaram się zorganizować sobie czas, by posiedzieć w lokalu, a już na pewno zamówić jakieś danie meksykańskiej kuchni z ich menu.
Boss Burger, ul. Grójecka 20B (wkrótce również Atrium Targówek), Warszawa
Dziś wyjątkowo nie z Podkarpacia, Kazek.












