Poszedłem do kina. Ale jako, że do seansu mieliśmy jeszcze ponad godzinkę, postanowiliśmy jeszcze coś na szybko zjeść. Niestety, w warszawskiej Sadybie Best Mall wybór jedzenia, a szczególnie jedzenia, które można popić piwem, jest niewielki. Padło więc na Sphinxa. Jak się okazało również ta sieć idzie za ciosem i do swojego menu wprowadzili burgera. Za 25 zł otrzymujemy 180 g amerykańskiego angusa, sałatę, rukolę, pomidora, cebulę oraz kultowy sos ( czym jest ten sos nie miałem niestety pojęcia ) – wszystko to zapakowane w sezamową bułkę. Do tego na talerzu znajdziemy również opiekane ziemniaki w ziołach. Oczywiście nie mogłem tego przegapić. Czekamy ok 10 minut i burger pojawia się na talerzu.
Na pierwszy rzut oka wydaje się naprawdę spory, jednak po zdjęciu górnej części bułki okazuje się, że samo mięso to mniej więcej połowa średnicy bułki. Robi się niebezpiecznie… tym bardziej, że jest w kształcie idealnego krążka do hokeja.
No ale nie zrażajmy się. Pierwsze parę gryzów to właściwie sama bułka z warzywami no i kultowym sosem. Zacznę może od bułki, która w gruncie rzeczy jest podobna do tych serwowanych do innych dań, tyle, że z sezamem. Zero przypieczenia – bułka jest całkiem miękka. W smaku mocno mączna. Jeżeli chodzi o dodatki, to jak widać na zdjęciach poza sałatą zbyt dużo ich nie ma. Dodatkom poza ilością nie ma zbytnio niczego do zarzucenia – były świeże. Jeżeli chodzi o kultowy sos, to nie wiem co jest w nim kultowego, ale jest paskudny. W smaku jak gotowy sos hamburgerowy – niestety raczej z tej niższej półki. Co najgorsze to on gra tutaj pierwsze skrzypce. Przejdźmy teraz do mięsa. Określę je jako przeciętne. Troszkę zbyt słabo przyprawione, ale generalnie na tle burgera wyróżniające się. Tylko co z tego, jeżeli przy każdym gryzie czujemy ten okropny żółty sos widoczny na górnej części bułki.
Na koniec parę słów o opiekanych ziemniakach. O nich niestety nie mogę zupełnie nic dobrego powiedzieć, ponieważ były obrzydliwie tłuste. No i tyle tak naprawdę można o nich napisać.
Podsumowując: byłem, zjadłem, nigdy więcej nie zjem.
Marcin Malinowski, nasz człowiek w Warszawie.








