Arizona. Pyszne śniadanie i lunch na pustyni - Street Food Polska
close
Arizona. Pyszne śniadanie i lunch na pustyni

Arizona. Pyszne śniadanie i lunch na pustyni

0udostępnień

Dalej, dalej Drogą 66, dalej w kierunku Vegas! Był taki dzień, w którym przejechaliśmy ponad 900 km i trzy stany. Wszystko po to, by odwiedzić słynną Monument Valley. Męczące to było okrutnie, ale widoki zrekompensowały nam niewygody.

W końcu dotarliśmy do położonego na Route 66 w Arizonie miasteczka Flagstaff. Spodobało nam się i postanowiliśmy zjeść tutaj śniadanie. Wyguglałem, że wiele osób poleca knajpkę MartAnnes, tam więc skierowaliśmy swe kroki. Okazała się bardzo popularna, ponad 15 minut czekaliśmy na stolik.

W końcu i my mogliśmy zasiąść i zamówić. Wzięliśmy Huevos Benedicto i Jerry El Mujeriego, porcję guacamole i kawę. Herbatę Maciek dostał w cenie zestawu.

Huevos Benedicto to wariacja na temat jajek po benedyktyńsku w stylu Nowego Meksyku, jak widzicie jajka pływały w zielonym chile, a towarzyszył im spory placek z grubo tartych ziemniaków, czyli klasyczny hashbrown. Wyrazisty smak, doskonałe składniki – po prostu palce lizać. Tak zrobionych eggs benedict jeszcze nie jadłem i muszę przyznać, że jeszcze dziś ślinię się na wspomnienie tego śniadania.

Zestaw Maćka to również jajka, tym razem sadzone, a podano je w towarzystwie dużej porcji wieprzowego gulaszu z zielonego chili, serowej enchilady, hashbrown, śmietany i świeżej kolendry.

Również bardzo wyraziste w smaku i również pyszne. Oba dania podkręcaliśmy rewelacyjnymi sosami, jakie stoją na stolikach. Obydwie pozycje były też bardzo sycące, nie czuliśmy po nich głodu do późnego popołudnia. Maciek bardzo sobie chwalił także guacamole, ja akurat za tym dodatkiem nie przepadam, ale przyznaję, że było dobre.

Najedzeni pod korek ruszyliśmy dalej. Jak przystało na podróż Route 66 nie obyło się bez atrakcji. Na naszej drodze wyrosło miasteczko-muzeum.

Pozwiedzaliśmy, nabyliśmy pamiątki i ruszyliśmy dalej. W końcu dotarliśmy do Dolan Springs. Leżące na pustyni, typowe niewielkie amerykańskie miasteczko, takie, jakie można zobaczyć na filmach drogi. Głodni byliśmy porządnie, więc nasz wzrok przykuła reklama miejscowego dinera. Szybka decyzja – wchodzimy.

Maciek wybrał cheeseburgera, ja stek z jajkami.

Stek okazał się nieco żylasty, jak dla mnie zbyt poszedł w kierunku medium, ale mimo niedociągnięć jedzenie go w takim miejscu dało mi sporo radochy. Po prostu siedziałem w promieniach zachodzącego słońca i chłonąłem atmosferę małego dinera leżącego gdzieś na arizońskiej pustyni, w którym (sądząc po wieku przesympatycznej właścicielki zbierającej zamówienia) od kilkudziesięciu lat podaje się te same dania zrobione w ten sam sposób. Takiego klimatu szukałem podczas naszej wyprawy, więc przymykałem oko na minusy.

Maciek cheeseburgera zjadł, ale najwyraźniej nie podzielał mojej pogody ducha, bo po drodze strasznie marudził. Cóż, po takich stekach jak w Amarillo i takim śniadaniu jak we Flagstaff poniekąd go rozumiałem.

Zjedliśmy i ruszyliśmy dalej. Już tylko niecałe 100 mil dzieliło nas od Miasta Grzechu. Las Vegas – nadciągamy!

MartAnnes Burrito Palace – https://www.facebook.com/MartAnnes/

Canyon Cafe – https://dswest-canyon-cafe.business.site

Partnerami wyprawy są:

Dobre z Lasu

 Polsko – Słowiańska Unia Kredytowa.

Patronat medialny nad wyprawą objął Dziennik Związkowy z Chicago.

 

 

Street foodowe menu w Boho. Jest moc!

Las Vegas – część 1. Lansky burger w „starym” Vegas

Dodaj komentarz