Gumbo i cheeseburger, czyli Pink Flamingo - Street Food Polska
close

Gumbo i cheeseburger, czyli Pink Flamingo

0udostępnień

Jakiś czas temu na fan page SFP pojawiło się pytanie gdzie można zjeść dania kuchi nowoorleańskiej, konkretnie chodziło o zupę gumbo. Udało mi się znaleźć tę zupę w warszawskim Pink Flamingo i w końcu dzisiaj udało mi się tam dotrzeć.

Sam lokal jest dość specyficzny, wystrój utrzymany w klimacie amerykańskich przydrożnych knajp – mnóstwo neonów, tablic rejestracyjnych oraz reklam piwa. Menu to typowa kuchnia  klimatu amerykańsko – meksykańska, ja jednak przyszedłem tutaj w konkretnym celu, więc od razu zamawiam Louisiana Gumbo Soup (15 zł).

Wprawdzie brakuje w niej kiełbasy i ryżu, ale jak to mówią lepszy rydz niż nic. Oczekiwanie na zupę umila nam talerzyk nachosów z pomidorową salsą – niby nic, a jednak miły gest. Gumbo w Pink Flamingo to pikantna, gęsta warzywna zupa z krewetkami, właściwie można by powiedzieć, że dominuje tutaj smak papryki. Sama porcja nie powala wielkością, ale zupa jest naprawdę treściwa. Znajdziemy w niej mnóstwo warzyw oraz naprawdę sporą ilość małych krewetek koktajlowych. Jeżeli chodzi o jej ostrość, to nie jest ona jakoś wyjątkowo pikantna – mnie przyjemnie drażniła w kubki smakowe. Zupa jest naprawdę godna polecenia, jednak bardzo brakuje w niej jakieś wkładki mięsnej – kurczaka lub kiełbasy. W obecnej formie jest to idealna przystawka przed jakimś większym daniem.

 

IMG_1062[1] IMG_1063[1] IMG_1064[1]

 

A skoro jest to kuchnia amerykańska to na pewno w karcie muszą być burgery. Nie byłbym sobą gdybym ich nie spróbówal, więc zamawiam jeszcze Bluecheeseburger (28 zł), czyli burgera z serem pleśniowym, sałatą, cebulą, pomidorem i majonezem. Całość podania jest dodatkowo z frytkami, piklami oraz sałatką colesław. I to był strzał w dziesiątkę. Burger był naprawdę bardzo smaczny, a co najwazniejsze nie pożałowali sera pleśniowego – przykrywał całe mięso dość grubą warstwą i był wyczuwalny w każdym gryzie. Jeżeli ktoś, tak jak ja jest fanem serów pleśniowych – to będzie idealny wybór.

Bułka ładnie zgrillowana, na zewnątrz chrupiąca, w środku miękka, ładnie trzymała całość do ostatniego gryza. Dodatki tak jak już pisałem to burgerowy standard – sałata, cebula oraz pomidor. Fajnie, że były położone na górnej stronie bułki już po przygotowaniu burgera, dzięki czemu lekko pikantna cebula fajnie chrupała podczas jedzenia.

Teraz jeszcze parę słów o mięsie – jest to co najmniej, ponieważ nigdzie nie ma informacji o faktycznej ilości mięsa, 200 gr smacznej wołowiny. Mięso jest naprawdę dobre, bardzo dobrze zmielone oraz przyprawione – tego właśnie oczekujemy od wołowiny w burgerach. Bardzo pozytywnie zaskoczyłem się również frytkami, ponieważ w smaku, a nawet w wyglądzie przypominały frytki z McDonald’s. Czuć było, że są świeżo przygotowane, a nie odgrzewane.

Colesław, sądząc po ilości jest raczej dla ozdoby, ale w tym przypadku również nie było się do czego przyczepić.

 

IMG_1065[1] IMG_1066[1] IMG_1067[1]

 

Podsumowując jest to lokal naprawdę godny polecenia i jeżeli będę znowu w okolicy na pewno tam jeszcze wrócę – chociażby, żeby sprawdzić resztę zup z karty. Jak na knajpę z burgerami, w której można usiąść, pogadać, zjeść, napić się piwa ceny nie są zbyt wygórowane, więc jeżeli komuś nie przeszkadza lekko tandetny amerykański styl, jest to fajne miejsce na wieczorną posiadówkę w gronie znajomych.

PS. Sorry za jakość zdjęć, ale tak jak pisałem w lokalu jest naprawdę mnóstwo czerwonych neonów :)

PPS. Jeżeli ktos lubi mniej wysmażone mięso, warto wspomnieć o tym obsłudze, ponieważ standardowo mięso jest dobrze wysmażozne, nie jest suche, ale jest dobrze wysmażone.

 

Z flamingami, zupą i burgerem obcował Marcin Malinowski.

 

Dobra, poprawna i słaba pizza, czyli Kazek grasuje w Nowym Żmigrodzie

Qń w paszczy Smoka

Dodaj komentarz