Dzisiaj kolejna nadesłana recenzja. Aszka po zachwycie nad pizzą „Pod Trójką” tym razem zapragnęła zjeść zupę botwinkową. Okazało się, że w Kielcach o nią niełatwo. A jak już jest, to… Zresztą przeczytajcie sami:
Na początek muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie przepadam za zupami. Rosół zawsze jest dla mnie za tłusty, pomidorowa za bardzo smakuje jak rosół – słowem bywam zrzędliwa na zupnym tle – często z byle powodu. Ale nie zawsze. Dobra grzybową akceptuję, to samo ze szczawiową z jajkiem – największa miłością jednak dążę zupę BOTWINKOWA. I właśnie ta miłości sprawiła, że ruszyłam na poszukiwanie zupy botwinkowej w Kielcach.
Moja słabość do botwinkowej zaczęła się już w domu. Babcia była botwinkowym guru. Potem przyszła kolej na następną odsłonę botwinkowej, tym razem w Krakowie. W Restauracji Polakowskiego. Tak naprawdę to typowa jadłodajnia, ale przypuszczam, że nazywa się tak dlatego aby podkreślić jej tradycyjny wymiar – bo Polakowski działa od 1889 roku.
Zjadłam tam botwinkową mojego życia. Dużo ziemniaków. Dużo buraczków i botwinki. Gęsta zupa o pięknym czerwonym kolorze. Doskonała w smaku. Porcja duża za cenę 7 zł. Ostatnio spożywaliśmy ja w 6 osobowym gronie – każdy mówił to samo – genialna!
Rozochocona doskonałym smakiem Polakowskiego ruszyłam na poszukiwania ideału botwiny w Kielcach.
I się zaczęło. Po pierwsze ciężko ja dostać.
Wpadałam do Jadłodajni Tempo. Nie mają, ale będzie jutro. Myślę – super! Przychodzę następnego dnia – dostaję porcję na wynos – 3,30 zł plus 50 gr pojemnik – prawie biegnę do domu, ślinka mi cieknie. Wchodzę, wlewam do miski…ostatkiem sił biegnę po aparat aby uwiecznić ten wyjątkowym moment, zanurzam łyżkę, patrzę… i baranieje. W moje zupie botwinkowej pływa mięso! Całe mnóstwo wielkich kawałków boczku i kiełbasy (lub czegoś w ten deseń?). Oceniam szanse wybrania tego świństwa z mojej wymarzonej zupy – niestety ilość mięsa stanowi praktycznie 1/5 zupy więc jak to zrobić? Zupa pachnie wędzonym prosiakiem. Ale nie poddaję się – próbuję. Przeżywam kolejny szok. Otóż Tempo podarowało mi botwinkę o smaku wędzonego boczku! Zupa jest cienka i ledwo różowa, składa się z mięsa i dużej ilości kartofli, botwinki jak na lekarstwo, trochę buraczków. Niosę Babci – mówię – próbuj. Ona próbuje i pyta – CO TO?
Koniec. Już wiem, że to koniec. Zupa ląduje na stole, nikt nie chce jej zjeść a zapach świniaka rozchodzi się po domu.
Poleciałam do komputera i sprawdziłam w wyszukiwarce przepisy na zupę z botwinką – że z jajkiem, że z ziemniakami, że ze śmietaną – zgoda. Ale z wędzonym boczkiem?!
Strzeżcie się moi drodzy Tempa i ich zupy botwinkowej, bo chodź cena niewielka – to profanacja prawdziwej botwinkowej haniebna!!! Wstyd droga jadłodajnio! Wstyd!!!
To mówiłam ja – zniesmaczona Aszka.
Ps. Zupa została wylana do muszli. Takiej co to w domu występuje a nie nad morzem!
Autorką zdjęć i recenzji jest Aschette.
Zgadzasz się z nami? Nie zgadzasz? Masz własną opinię? Skomentuj ten post!
Opinie wulgarne, wyglądające, jak nachalna reklama, reklamy itp. będą usuwane.
Opinie wulgarne, wyglądające, jak nachalna reklama, reklamy itp. będą usuwane.







Współczuję