Po ostatniej wizycie w Ojisan Milk Bar miałem spore wyrzuty sumienia, że może niepotrzebnie stchórzyłem, że może by mieć 100% obraz tego miejsca, powinienem się przemóc i jednak coś tam zjeść…
Pamiętacie film „Wejście smoka” z Bruce’m Lee z 1973 roku? Ogólnie mówiąc, opowiada on o bardzo niebezpiecznej misji agenta, który udaje się na wyspę by odkryć prawdę, zdemaskować wroga. Takiej misji poddam się dzisiaj też i ja, choć przyznam, że to misja wbrew wszelkiej logice i zdrowemu rozsądkowi. I albo dzisiejszy obiad sprawi, że wyjdę z Ojisan Milk Bar po mistrzowsku, zwycięsko jak Bruce Lee, albo stanę się raczej wojownikiem jednostki 神風(kamikaze).
Docieram do lokalu późnym wieczorem. I od razu nasuwają mi się do głowy słowa klasyka: „ciemność, wiedzę ciemność”… Wejście w tą bramę bardziej kojarzy mi się z wizytą w Fengdu (chińskie miasto duchów), niż ze spacerkiem przez most Anji nad rzeką Xiao He – ojjj, nie lubię takich ponurych klimatów.
Wchodzę. Lokal niewielki. Zastaję tam 6 osób, ale dość szybko dociera do mnie fakt, że jestem tu jedynym klientem. Cztery osoby za barem kleją jakieś pierożki. Całkowita cisza, brak tablicy z menu (że o braku papierowej wersji nie wspomnę) i to, że nikt nie próbuje nawiązać ze mną chociażby kontaktu wzrokowego, ponownie nie dodają mi jakiejś zachęty i wiary w ten lokal, czuję się trochę zagubiony, zdezorientowany i trochę jakby intruzem??
Po dłuższym czasie następuje jednak jakaś reakcja ze strony personelu i pada pytanie: ”Do you speak english?”. Szybko i przekornie postanawiam nadać tej sytuacji jeszcze większej kolorowości oraz trudności i odpowiadam: „Mówię tylko po polsku”. Na co pan pyta: „Kuciak?”. Odpowiadam bardzo powoli: „Nie kurczak, ale coś na ostro poproszę”. Strasznie dziwny i irytujący ten dialog. On coś mówi po swojemu, ja nic nie rozumiem, totalnie nic! Postanawiam w końcu wyrazić co bym chciał i niech się dzieje wola nieba: „Poproszę mięso (nie kurczak!) na ostro plus makaron plus zupa, niech będzie z kurczak”. Totalny matrix jakiś… nie wiem czy mięso będzie w panierce, w sosie śliwkowym, a może w sojowym albo czosnkowym, z bambusem, a może będzie to sos z ostryg, z pomidorami i jeszcze, nie daj Boże, z curry którego nienawidzę! Mam mocne obawy, co ostatecznie wyląduje na moim talerzu.
Nadal jestem lekko oszołomiony tym dziwnym miejscem, ale już na szczęście nie czuję się jak intruz. Na pierwszy rzut oka w lokalu jest dość czysto, ale wspomnienie nieumytych rąk pani przy pierwszej wizycie, sprawia że nie czuję się komfortowo.
Zaczynam obserwować jak przygotowywane są moje dania. I tu jest nieźle. Robione szybko, żadnego odgrzewania w mikrofalówce. Warzywa, sos plus dodatki trafiają do woka, całość zaczyna fajnie skwierczeć i pachnieć.


Po krótkiej chwili otrzymuję drugie danie, które postanawiam zjeść na piętrze, bo przy barze czuje się lekko nieswojo.
Danie wygląda apetycznie i całkiem fajnie pachnie.
Plusem jest na pewno to, że danie przygotowywane jest na oczach klienta. Po spróbowaniu już wiem, że otrzymałem wieprzowinę. Mięso jest kruche, delikatne i dość fajnie przyprawione. Sos w smaku ciekawy i w pierwszej chwili nie wydaje się mocno pikantny. Papryka, grzybki całkiem przyzwoite i do tego bardzo smaczny, idealnie ugotowany makaron (trochę inny od tych, które jadałem do tej pory w chińskich restauracjach – pierwszy raz taki jadłem). Całość fajnie się komponuje. Po krótkim czasie dociera też zupa.
Na szczęście mocno gorąca, więc może poczekać aż dokończę 2-ie danie.
Samo mięso, jak już wspomniałem, całkiem przyzwoite, choć na pewno szału nie ma, a jego cena 24 zł wydaje mi się lekko przesadzona. Po chwili DOCIERA do mnie poziom pikantności tego dania. Przerywam jedzenie. Wstaje i staram się spokojnie oddychać. Można śmiało rzec, że to danie godne chilihead’a. Tu jest mega moc! Dawno nie jadłem czegoś tak pikantnego, a od pikantnych dań raczej nie stronię.
Popijam delikatnie zupą z nadzieją, że uśmierzy stan, w który wprowadziło mnie mięso. Poczułem ulgę. Zupa z kawałkami kurczaka ma fajną konsystencję rozrzedzonego kisielu, choć smakiem nie zachwyca jakoś szczególnie – za 12 zł chciałoby się jednak czegoś lepszego, a może po prostu mam delikatnie nadpalone kubki smakowe i dlatego nie zauważam jej wyśmienitości :)
Reasumując, dania nie były jakoś szczególne i powalające. Jadałem podobne, w o wiele ciekawszej cenie. Sam klimat restauracji zupełnie nie moja bajka. Za podobne pieniądze (12zł zupa + 24 zł danie + 5 zł makaron = 41 zł) można zjeść w ciekawszym otoczeniu, ciekawsze dania, ale być może jest tak, że ja się po prostu się nie znam :) Tak czy siak, musiałem opisać co zastałem – musiałem to z siebie wyrzucić. Jedzenie całkiem znośne, ale cena i samo to przerażająco-mroczne miejsce nie jest czymś co spowodują, że szybko tu wrócę. A i jeśli ktoś mnie zapyta, gdzie można zjeść fajną chińszczyznę, to niestety nie polecę tego lokalu, bo dla mnie samo jedzenie to nie wszystko niestety :( Ważna jest obsługa, atmosfera i ogólnie mówiąc to „coś” co sprawia, że chce się wrócić w dane miejsce.
Kiedy wchodzimy do włoskiej restauracji i czujemy, że klimat lub jedzenie przenoszą nas np. do Toskanii, to może tu przenoszeni jesteśmy do Chin? Nie wiem, nie byłem jeszcze w Chinach, ale jeśli tak jest, to chyba nie chcę tam pojechać.
Uwaga! Informacja z ostatniej chwili: jest nadzieja dla tego miejsca, bo 2 dni po mojej wizycie zmieniono nazwę, trwa remont, czyli coś się zmienia…. OBY NA LEPSZE!
Autorem wpisu i zdjęć jest Daniel „Qń” Konieczny.














