Dzisiaj relacja nadesłana z Gdańska. M’n’M’s sprawdzała dla Was wegetariańskie dania:
Purystów, zajadających się kuchnią azjatycką przepraszam z góry za plastikowe sztućce – to kwestia wygody. Nie będę ukrywać, że moje umiejętności posługiwania się pałeczkami (które można wziąć zamiast plastikowego noża i widelczyka) są znikome, o ile jakiekolwiek ;) Ale do rzeczy.
Wróciłam do BK po zamówione wcześniej nuggetsy. Fakt, musiałam jeszcze odstać swoje, ale gdy w końcu dostałam paczuszkę, udałam się w poszukiwaniu wolnego stolika, którego znalezienie w sumienie nastręczyło mi jakichś wielkich trudności, po czym zabrałam się za konsumpcję.
Na moim talerzu znalazła się, jak się pod koniec okazało, dość spora porcja przyjemnie ciepłego, krótko smażonego makaronu z warzywami. Wśród nich można na bank wyróżnić kapustę (podejrzewam pekińską), małe kawałki marchewki, kawałki pora, które, o dziwo, bo generalnie za porem nie przepadam, mi smakowały – podejrzewam, że to zasługa sosu, jakieś kiełki i chyba nawet bok choi, chociaż nie jestem tego do końca pewna. Ot, jakaś mieszanka warzywna. Oblano to ostrym sosem, z, widocznymi na zdjęciu, kawałkami karmelizowanej cebulki, która, na upartego, jest delikatnie słodka. Na upartego, bo smak i ostrość czerwonego chili dominuje tak w dość tłustawym sosie, jak i później w całym daniu. Nie ukrywam, że mi to smakowało tak za pierwszym razem, jak i po raz którejś z kolei konsumpcji. Przyczepić się mogę tyko do faktury makaronu – miejscami jest miękki, jakby po prostu podgrzany na parze, miejscami z kolei zbyt suchy – widać, że nieco zbyt długo przytrzymany na płycie, ale wostatecznym rozrachunku wychodzi tak gdzieś pośrodku, więc nie ma na co narzekać. Gdyby nie przekąska, zjedzona przeze mnie chwile później, na pewno pamiętałabym o posiłku przez dłużej, niż godzinę i to nie przez smak czy uczucie nasycenia (to drugie nie dało mi zapomnieć o lunchu spokojnie do wieczora), ale przez gorąco, które czułam na i w ustach dzięki ostremu sosowi.
Wiedząc, a właściwie wierząc, że dobiję mój język kolejną dawką kapsaicyny, sięgnęłam po jeszcze ciepłe chili cheese nuggets od Króla. Wyjęłam jedno, jeden… No, nieważne, jedną sztukę i moim oczom ukazało się coś, kształtu… miniaturowego kartofelka, takiego – teoretycznie – na jeden kęs. Porównując to do znanych już czytelnikom tego bloga przekąsek, powiedziałabym, że jest to wielkość gdzieś dwóch Chicken McBites i pewnie wiele bym się nie pomyliła. Przegryzłam chrupiącą panierkę i moim oczom ukazał się środek, pełen gorącego, płynnego, topionego sera, w którym zatopione były kawałki zielonego chili. Właśnie przez ser napisałam, że to przekąska na jeden kęs tylko w teorii. Jest on naprawdę gorący, więc nie radziłabym próbować rozgryzać kąska, będącego w ustach w całości – poparzenie języka i podniebienia murowane. Co jednak mnie zaskoczyło po przelotnym romansie z kolejnymi siedmioma kolegami pierwszego nuggetsa, to fakt, że roztopiony ser sympatycznie złagodził ostry posmak całego posiłku tak, że, jak już wcześniej pisałam, po godzinie z wrażenia, że mogłabym ziać ogniem, niczym, nie przymierzając, Smok Wawelski, zostało już tylko wspomnienie, które jednak pozostawiło po sobie przyjemnie pełny żołądek.
Podsumowując, na całość wydałam mniej, niż 20 złotych, a zaspokoiłam dość spory głód, przechodząc wręcz niemal w dolną granicę przejedzenia. Asia Hung odwiedziłam już nie po raz pierwszy i na pewno jeszcze nie raz tu wrócę – bo, przynajmniej, na podstawie moich skromnych doświadczeń z tym miejscem, stwierdzam, że warto. Mam nadzieję, że nie rozczaruję się, zamawiając kiedyś inne pozycje z menu tej knajpki.
Autorką wpisu i zdjęcia jest M’n’M’s







