A więc w końcu udało mi się przyjechać do Łodzi. Nie ukrywam, że głównym celem mojej pielgrzymki były dania związane z wpisem inspirowanym Hannibalem Lecterem, który przeczytacie w kwietniu.
A skoro już tu byłem, to czemu nie upiec dwóch pieczeni na jednym ogniu? Postanowiłem więc skosztować także kilku streetowo-fastowych potraw.
Na pierwszy ogień poszła restauracja American Bull w łódzkiej Manufakturze.
Ściągnęły mnie do niej dwie potrawy. Jedną opiszę dziś, druga znajdzie swe miejsce we wpisie „hannibalowym”.
Jak American Bull to wołowina. A jak wołowina to hamburger. W karcie do wyboru mamy trzy: classic, big texas cheeseburger i fit.
Mój wybór padł oczywiście na Big Texas Cheeseburgera (26,90 zł). Cena obejmuje także frytki i sałatkę coleslaw.
Jest duży. Naprawdę. W końcu samego mięsa jest 180 g. Co jeszcze znajdziemy w tej kanapce? Sałatę, bekon, czerwoną cebulę i ser oraz sos BBQ. Mięso wysmażone doskonale, tak jak lubię, czyli różowe w środku i soczyste. Świetnie doprawione. Pyszne. Dodatki nie dominowały w smaku, ale idealnie uzupełniały całość. Chciałoby się powiedzieć – czis idealny. Chciałoby, ale nie można. Czemu? Z powodu fatalnej bułki. Wielkiej, suchej i niesmacznej. Po odłożeniu jej na bok było OK, ale nie o to chyba chodzi?
Frytki – genialne. Świetnie usmażone, chrupiąca skórka, wnętrze mięciutkie. Duże i smaczne.
Sałatka coleslaw – kolejny mocny punkt zestawu. Smakowała jak robiona na miejscu. Sos majonezowy rewelacyjny, kapusta soczysta, ale mięciutka. Porcja naprawdę duża.
Podsumowując: lokal z ciekawym menu, dobrą obsługą i fajnym wystrojem. Duży plus za muzykę – przez cały czas leciała klasyka amerykańskiego rocka i bluesa. Jedzenie warte swojej ceny, tylko fatalna bułka do hamburgera obniża moją ocenę o jeden punkt. Zmieńcie ją, a będzie doskonale.
Aha – pyszne cappuccino (8 zł)!









