Dziś nieco nietypowy wpis. Specjalnie dla nas Antek „Niecny Książę” Stalich pisze o szantach, a przy okazji o angielskim piwie. Myślę, że miłośników „złotego trunku” wśród naszych Czytelników nie brakuje, więc przeczytacie ten tekst z zainteresowaniem.
„Mała knajpa w starym porcie,
Gdzie w powietrzu wisi chmiel:
Zgrabna Nancy walczy z korkiem
By uwolnić English Ale.
Ucichł gwar i szum na sali,
A gdy wreszcie puścił szpunt… [razem!]
Ref. W górę szkło i pij na chwałę
Za angielskie, pyszne Ale.
W górę szkło i pij na chwałę,
Niech nam żyje English Ale.
English Ale, oh, English Ale,
Och, jak wielbię English Ale”
Te piękne słowa Marka Razowskiego powstałe w czasach Pereł i Łotrów Szanghaju są do dzisiaj śpiewane na koncertach, a fani na ostatnie dwa wersy refrenu wznoszą w górę kufle i szklanki z naszym pysznym krajowym piwem. Rzekłby ktoś, że naturalnie, w piosence mowa o piwie angielskim. Wizyta w dowolnym nieco lepiej zaopatrzonym supermarkecie powinna umożliwić nam zatem zakup piwa angielskiego importowanego z Wielkiej Brytanii, w czym więc problem? Sęk w tym, że angielskie piwa typu „ale” dostępne u nas w puszkach patentu Guinnessa czy charakterystycznych kapslowanych butelkach to „ales”, lecz nie są to Prawdziwe Ale. Podobnie, importowana herbata Lipton jest – jak to okreslił znajomy Anglik – „produktem, który cudzoziemcy maja uznawać za esencję angielskości, ale my tutaj, wiesz, pijemy masowo produkowaną herbatę z dolnej półki”…
Real Ale jest piwem pochodzącym – podobnie jak niemieckie Weissbier – z górnej fermentacji. Niefiltrowane, nalewane jest do charakterystycznych beczułek (drewnianych ale i metalowych) z dwoma szpuntami – górnym i dolnym, szczepione drugim rzutem drożdzy i dostarczane do lokalu. Drożdże w beczułce wciąż pracują. Raz otwarta beczułka powinna zostać wypita w ciągu 24 godzin (a nigdy nie dłużej niż w 3 dni), ponieważ w kontakcie z tlenem z powietrza piwo najzwyczajniej w świecie się psuje. Jest to właśnie podstawowy powód dla którego poza lokalem brytyjskim Prawdziwego Ale nie sposób dostać. Smakowo istnieją liczne odmiany Real Ale – od jasnego słodowego o małej zawartości chmielu, poprzez rozmaite odmiany bladych czy gorzkich „ales” do portera i mocnego piwa typu stout.
- Albo pokazujemy na kranik z napisem John Smith lub Greene King, jeśli taki występuje (są to dwie najpopularniejsze marki angielskie)
- Lub też mówimy odważnie „good local one” [gu:d loukal uan] (bo miejscowe piwo będzie na pewno dobre i świeże)Zapewniam, ze Anglicy docenią nasze zainteresowanie ich ukochanym piwem i zrealizują naszą prośbę z przyjaznym usmiechem.
Real Ale może nie smakować naszym piwoszom, nie ma bowiem pianki (lub pianki jest niewiele), nie jest zbyt klarowne, a w smaku zamiast przejrzystości cechuje je bogaty smak. Jak to napisał w jednej ze swych powieści angielski pisarz fantasy Terry Pratchett: „Piwo [w domu] było sosem przyrządzonym z chmielu. Miało strukturę. Miało zapach, chociaż czasem człowiek wolał się nie zastanawiać czego konkretnie jest to zapach. Miało gęstość. Ostatnie poł cala w kuflu można było jeść łyżką”. Znakomita charakterystyka ciężkiego Real Ale i rewelacyjna angielska autoironia. Według mnie, Real Ale jest niezwykłe i warto je spróbować, a nawet polubić.Parę słów o brytyjskich lokalach. Dzielą się one na puby i freehouses. Pub jest piwiarnią sensu stricto, należącą do konkretnego browaru. Nie dostaniemy tam nic poza piwem i przekąskami. Freehouse jest piwiarnią prywatną, której właściciel ma prawo sprowadzać piwa z całego świata i on negocjuje z browarami ceny. We freehouses można dostać za bardzo umiarkowaną cenę około 7 GBP (około 42 zł) danie dnia, składające się z dwóch identycznych potraw. Możemy więc dostać dwie wielkie porcje pysznej ryby z frytkami (fish and chips – nie kupujcie tej potrawy w budce!) czy dwie porcje Yorkshire pudding, albo dwie porcje meatpie i tak dalej. Taki zwyczaj znacznie potania koszty żywienia jeśli jestesmy we dwójke.Dariusz Ślewa „Stłukla” (nieżyjący już dziś wokalista Smugglers)polecał odwiedzenie w londyńskiej dzielnicy Putney lokalu szantowego Halfmoon Putney. Jestem pewien, że w lokalu tym można połączyć rozkosze ducha z rozkoszami ciała, w tym piciem Real Ale.„Język sięga Ci do pasa,
Widok cieczy cieszy Cię…
English Ale, oh, English Ale,
Och, jak wielbię English Ale„
Kochani, warto spróbować.
Opinie wulgarne, wyglądające, jak nachalna reklama, reklamy itp. będą usuwane.


Bardzo ciekawy artykuł i fajnie opisany. Ja od siebie dodam tylko tyle, że piwa w stylu Ale są bardzo smaczne, ale my chyba jeszcze nie dojrzeliśmy do ich kosztowania. Do pewnych rzeczy trzeba samemu dojść. Ale to po prostu piwo górnej fermentacji, a z kolei tu używa się zupełnie innych drożdży. Te z kolei mają ogromny wpływ na smak… Nie ma to tamto, jak ktoś bardzo jest przywiązany do klasycznego lagera, w Ale nie zasmakuje. Poza Guinessem, polecam także piwo Spitfire i Meantime :) Mam tylko cichą nadzieję, że z czasem docenimy smak piw górnej fermentacji i nie będzie trzeba jeździć aż na wyspy, by napić się real ales.
Najlepsze real ale są oczywiście ze Skinnersa (z Kornwalii) a ich najlepszy produkt to Helligan Honey, niestety rzadko dostępny ale jak już jest w Fortescue (nasz ulubiony pub w Plymouth), to pijemy do końca beczki. Warto też wspomnieć, że real ale są, czasemi nawet sporo tańsze od tych skikaczy lagerów typu Stella, których nie da się pić.
Osobiście polecam Old Speckled Hen. Od napisania artykułu minęło co najmniej 5 lat… co nie znaczy, że nie ma w nim faktów ;-)
Podpisano: Autor.
Old Speckled Hen też dobry, poza tym Otter Head