Umami tu mają, czyli vege Azja w Umamitu. - Street Food Polska
close
Umami tu mają, czyli vege Azja w Umamitu.

Umami tu mają, czyli vege Azja w Umamitu.

0udostępnień

Chciałem to miejsce odwiedzić odkąd tylko przeczytałem, że się otworzyło. Vege burgery z Papuvege jadałem na zlotach, byłem ciekaw, jak Laura podejdzie do potraw azjatyckich. W końcu okazja się nadarzyła – spotkanie w Łodzi, niecałe 800 metrów od Umamitu. No grzech byłoby nie skorzystać!

Lokal jest spory, znajdziemy tu trzy sale urządzone prosto, ale udekorowane tak, że od razu wiadomo, jaka kuchnia tu rządzi.

Menu krótkie, ale proponujące dania z równych krajów Azji. I wszystkie oczywiście w wersji wegetariańskiej. Zaczęliśmy od tajskiej lemoniady i tajskiej herbaty. Lemoniada świetna i orzeźwiająca, z lodem, limonką, kawałkiem świeżego imbiru i liśćmi kafiru. Herbata również bardzo orzeźwiająca, ale z domieszką mleka kokosowego. Pycha.

Następnie przystawki. Wzięliśmy miks – wakame, kimchi, ogórek i ziemniak.

Syczuański ziemniak to blanszowany w czarnym occie i oleju z chili ziemniak skrojony w zapałki. Świetny! Mocno rześki i leciutko pikantny. Ogórek w przyprawie gochugaru wymiata. Jest lekko kwaśny i pikantny.

Kimchi nie zawiodło. Chrupiące, rześkie, pikantne, odpowiednio wilgotne. Sałatka wakame to kolejny klasyk, który w Uamamitu robią doskonale. Glony w sosie sojowym i ryżowym occie z czarnym sezamem smakowały wyśmienicie.

Od początku wiedziałem, że muszę spróbować serwowanych w Umamitu frytek. W menu widnieją dwa rodzaje – Tokyo Fries i Kimchi Fries. Ponieważ dostępne są również w wersji małej, zamówiliśmy obie.

To był sztos. Naprawdę. Jedne z najlepszych „loaded fries”, jakie w życiu jadłem.

Kimchi fries to kapitalnie usmażone frytki z doskonałym, gestym jak stopiony ser sosem curry, roślinnym „mielonym mięsem”, doprawionym w punkt i kimchi, posypane prażonym sezamem, kruszonymi orzeszkami arachidowymi i szczypiorem. Przepycha.

Tokyo fries to frytki oryginalnie podawane z majonezem miso, którego akurat zabrakło, więc zastąpiono go sosem curry, tym samym co w kimchi fries, posypane kapitalną przyprawą shichimi (zawiera m.in. wodorosty nori, skórkę pomarańczy, chili i sezam). Do tego soczyste fasolki edamame, nori i szczypior. Kozackie!

Tu muszę zauważyć, że mała porcja frytek spokojnie nadaje się do jedzenia we dwie osoby, a duża pewnie wystarczy za solidne danie główne.

Pora na zupy. Tantanmen ramen okazał się bardzo mocny w smaku i pikantny. Jest też ciężki, esencjonalny, a porcja naprawdę spora, więc decydując się na niego raczej zrezygnujcie z takiego zestawu startowego jaki my wybraliśmy. Bardzo fajnie gra tutaj pikantne „mięso mielone z soi”, które skutecznie oszukuje mózg.

Zamówiliśmy również laksę i pho.

Laksa to zupa znana przede wszystkim w Singapurze i Malezji. Nie jadłem jej dotąd, więc nie mam porównania. Wywar, podobnie jak w tantanmenie, jest bardzo mocny, kremowy i gęsty, mocno czuć w nim mleko kokosowe i pastę, fajnego smaku nadają smażone boczniaki i prażynki ryżowe. W menu opisano wywar jako pikantny, dla nas ta pikantność była na trzeciorzędnym poziomie, niby wyczuwalna, ale delikatnie. Bardzo smaczna i sycąca zupa.

Pho. Bardzo byłem ciekaw wegetariańskiej wersji mojej ukochanej zupy. Wywar okazał się bardzo smaczny, chociaż z tyłu głowy cały czas miałem wrażenie, że jednak wywar mięsny bardziej mi pasuje, a zamiast tofu wolałbym jednak wołowinę. Mimo to powtórzę – warto spróbować, bo była smaczna.

No to jeszcze drugie dania. Padło na pad thai i mapo tofu.

Pad thai z tofu już jadłem, ale tutaj dodatkowy smak robiły soczyste boczniaki. Porcja sycąca, aromatyczna i po prostu bardzo smaczna.

Mapo tofu to danie, którego dotąd nie jadłem. Nie wiedziałem więc kompletnie czego się spodziewać. I miło zostałem zaskoczony. Danie pochodzi z chińskiej prowincji Syczuan. Główny smak pochodzi od duszonego w sosie tofu. Sos składa się z siekanych grzybów shitake, pora, „mielonego mięsa” z soi, pasty ze sfermentowanego bobu i chili, chińskiego wina shaoxing, szczypioru, kolendry i pieprzu syczuańskiego. Smak jest bogaty, aromat mocny, a pikantność wyczuwalna. Bardzo dobre, ale potężna porcja potrafi pokonać, więc na drugi raz brałbym to raczej w zestawie z pho niż np. laksą czy tantanmenem.

Podsumowując: w Umamitu spróbujecie dań z różnych krajów Azji. Zjecie pysznie i do syta, a dzięki temu, że potrawy nie zawierają mięsa, nie będziecie też czuli się ociężali po posiłku. Ta kuchnia syci na długo, smakuje świetnie i sprawia, że chętniej zerka się na dania bezmięsne. Tutaj wege przyrządza się z pasją i sercem, co czuć w każdym kęsie. Ja chętnie wrócę – dania są ciekawe, aromatyczne, smaczne i sycące, przygotowywane na świeżo. Zdecydowanie wartu tu wpaść i jeżeli będziecie w Łodzi, a lubicie smaki Azji, to wizyta tutaj jest wręcz obowiązkiem. Polecam serdecznie.

Umamitu by Papuvege – Gen. Romualda Traugutta 9, Łódź

Facebook – https://www.facebook.com/umamitubypapuvege/

WWW – https://www.papuvege.pl

Podlaskie na Weekend. Część 6 – Tatarska Jurta w Kruszynianach

Podlaskie na weekend. Część 7 – Stara Szkoła w Sokółce

Dodaj komentarz