Tropem dawnych warszawskich smaków. Część 1 – pączki, rurki, bułka z pieczarkami i pizza na kawałki. - Street Food Polska
close
Tropem dawnych warszawskich smaków. Część 1 – pączki, rurki, bułka z pieczarkami i pizza na kawałki.

Tropem dawnych warszawskich smaków. Część 1 – pączki, rurki, bułka z pieczarkami i pizza na kawałki.

0udostępnień

Pojawiały się już tutaj na blogu teksty o klasycznych warszawskich smakach. Jedliśmy śniadanie w Barze dla Wszystkich na Kercelaku, byliśmy w lokalu Pyzy, Flaki Gorące na Brzeskiej, konsumowaliśmy pyzy i flaki w Barze Ząbkowskim, zapijaliśmy tatara i zimne nóżki w Lotosie wznosząc toast „za zdrowie taty!”, płakaliśmy ze szczęścia jedząc fantastyczne cielęce parówki u Rzeźnika, zimną wódka podlewaliśmy dobre zakąski w Barze Warszawa… Ale pomyślałem, że pora te smaki przypomnieć, bo minęło kilka lat od tamtych publikacji, a mnie nadal kręcą miejsca z historią i uważam, że należy takie miejsca wspierać i przypominać o nich.

Dlatego pogadałem z Kaszpirem (bo kto będzie wiedział o tych miejscach i smakach więcej niż rodowity warszawiak, znający je od dziecka?) i zaplanowaliśmy mały trip po miejscach, gdzie możecie spróbować kultowych potraw Warszawy. Spróbujemy zarówno street foodu, jak i dań barowych. Odwiedzimy miejsca niekoniecznie serwujące typowo polskie dania, ale i takie, które wrosły w kulturę warszawską, mimo iż serwowane tam potrawy przyszły do nas z zagranicy, często dalekiej.

Nasze peregrynacje zamknęliśmy w czterech wpisach. Dzisiaj pierwsza część, traktująca o pączkach na Górczewskiej, rurkach z kremem na Rondzie Wiatraczna, bułce z pieczarkami w Murzynku i pizzy na kawałki w Renesansie.

Pączki z Górczewskiej.

Kaszpir: Możesz mieszkać w tym mieście i chwalić się, że jesteś warszawiakiem, ale w pewnym momencie ktoś zada Ci pytanie o to, co byś polecił jako tubylec. I zostajesz w kropce, jak z pyra z łokciem na stole. Ponieważ na warszawskiej gastronomii zjedliśmy zęby (oraz hipsterskie talerze z otrąb), postanowiliśmy przybliżyć Wam nieco miejsca, które mogą okazać się przydatne w rozmowach o historii ulicznej kuchni w stolicy lub zachęcić do pokazania i błyśnięcia wiedzą w towarzystwie słoików.

A tak całkiem na serio to są miejsca, które zachowały się w naszej pamięci i z czystym sumieniem chcemy Was nimi zainspirować. Żadne z nich nie należy do miejsc drogich a wręcz szczycimy się ich egalitaryzmem. W niektórych byliśmy po kilkadziesiąt razy, niektóre zaś są święte i odwiedza się je z rzadka, oddając nabożną cześć każdemu daniu. Do niektórych miejsc chadza już nasze kolejne pokolenie wychowane w szacunku do dobrej kuchni i tradycji.

Zagoździński to jedno z miejsc świętych. Tutaj w pączki zaopatrywał się Marszałek Piłsudski, tu jadały i grały w bilard lub szachy przedwojenne elity (w tym sam właściciel) a historia rodziny od czterech pokoleń jest związana z Warszawą i Wolą, jej tragicznymi losami, piekłem wojny, piekłem stalinizmu, piekiełkiem PRL-u i wreszcie okresem dzikiego kapitalizmu. Nie odstanie w długiej kolejce i nie kupienie pączków u Zagoździńskiego w okolicach ważnych świąt jest raczej okazaniem braku szacunku dla historii, zaś konsumpcja u kogoś, kto właśnie poświęcił swój czas na zakupienie tam pączków oznacza, że mamy do czynienia z gościem z ferajny.

Oczywiście pączki można krytykować, że się popsuły, że nadzienie za małe, za słodkie, za różowe i tak dalej. Ale pozwolić na to może sobie osoba, która nie jada tam regularnie. I po prostu nie pamięta smaku albo myli jej się z innymi Zosiczami czy Wróblami. Ja się godzę z takimi opiniami, ale nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Bo wolę odstać swoją godzinkę i raz na jakiś czas wgryźć się w lukier i wnętrze jeszcze gorącego pączka. I po prostu posmakować tradycji.

„– Wiesz czemu jeszcze czasem oglądam powtórki „Do przerwy 0:1”? – pyta Marian Tchórznicki. – Bo chcę pooglądać starą Warszawę. Tylko dlatego. Bo tego już nie ma. Tych samochodów i ludzi.” (źródło: https://newonce.sport/artykul/sladami-do-przerwy-01-kim-byl-adam-bahdaj-i-co-po-nim-zostalo)

Żorż: Ten cytat aktora, który wcielił się w Paragona w filmie S. Jędryki „Paragon gola!” opartego na książce Adama Bahdaja „Do przerwy 0:1” dałem nieprzypadkowo. To na Górczewskiej mieszkali i spędzali większość czasu bohaterowie książki – Paragon, Mandżaro, Perełka… Również na Górczewskiej znajdziemy miejsce historycznie związane z warszawskimi kulinariami.

To w Pracowni Cukierniczej Zagoździńskiego adiutant marszałka Piłsudskiego zaopatrywał „Dziadka” w pączki, wówczas jeszcze cukiernia mieściła się na ulicy Wolskiej. Po wojnie, w roku 1973 na skutek powiększenia sąsiadujących z cukiernią państwowych sklepów, Dzielnicowa Rada Narodowa usunęła Zagoździńskiego, dając lokal zastępczy przy ulicy Górczewskiej 15 w domu Wawelberga, gdzie znajduje się do dziś.

Pączki z Górczewskiej to smak niezmienny od lat i symbol warszawskiej Woli, to wręcz miejsce – instytucja. Jedna z ostatnich, które chronią kulinarne dziedzictwo dawnej Warszawy. Tutaj wpadasz spróbować historii. A historia smakuje i wygląda tak:

Genialne ciasto, wspaniała konfitura i klejący palce lukier. Poezja. To nie są hipsterskie pączki nadziane chujwijakimtopinamburem. To klasyka, a z klasyką się nie dyskutuje. To tradycja, a tradycję się szanuje. I kupuje w ilościach hurtowych stojąc w długaśnej kolejce, co również ma swój klimat.

Podsumowując: to są po prostu arcypączki. A gdyby koło mnie stał Paragon, pewnie stwierdziłby: fakt nie lekrama, to legalnie warszawski smak. Wiesz co? Po prostu idź i sam/sama spróbuj.

Pracownia Cukiernicza Zagoździński, Pączki z Górczewskiej – Górczewska 15, 01-186 Warszawa

WWW – http://pracowniacukiernicza.pl/

Rurki z Wiatraka.

Kaszpir: Rurki z Wiatraka to z kolei historia rodziny Przewłockich, która rozpoczyna się w latach 50-tych od kilku lokalizacji ledwie przędzących cukierni w różnych punktach Warszawy, by w roku 1958 zakotwiczyć w nowym pawilonie przy Rondzie Wiatraczna. I w tym miejscu historia trwa do dziś. Kilka lat temu odeszła nestorka rodu, pani Alina, której zdjęcie należy obowiązkowo odszukać w lokalu i obdarzyć ciepłym spojrzeniem. Drugim ważnym filarem tego miejsca jest niespotykana maszyna do nabijania rurek bitą śmietaną, przerobiona z urządzenia do porcjowania masła. Przepis na rurki oczywiście od dziesiątek lat jest niezmienny i pozbawiony chemii i stanowi podstawę smaku. 

Ja zjadam minimum cztery na początek. Oprócz tego zawsze biorę na wynos minimum dziesięć sztuk. Ponieważ ciasto zaczyna nasiąkać bitą śmietaną po około godzinie, więc odkładanie jedzenia do deseru po niedzielnym obiedzie nie ma raczej sensu. Rurki zjada się na szybko, popijając oczywiście „orężadą” z Kamionka, którą można kupić na miejscu (warto przeczytać etykietę, by odkryć kolejną warszawską tajemnicę).

Żorż: Kocham rurki z kremem. To jeden z niewielu wyjątków, jakie robię dla słodyczy. Mam jednak warunek, który determinuje zakup – wafelek musi być chrupiący, a nadzienie z prawdziwej bitej śmietany. Muszą po prostu być takie, tak jak te, które jadłem w Starym Cocktajl Barze w Nowym Sączu.

O rurkach z Wiatraka czytałem już dawno i zawsze sobie obiecywałem, że w końcu na nie wpadnę. Wreszcie trafiła się okazja. Ustawiłem się w dopiero co formującej się przed otwarciem kolejce i cierpliwie czekałem na swoją kolej. W końcu się doczekałem. Wnętrze robi niesamowite wrażenie. W zalewie lokali ze szkła i stali takie pawilony z jedzeniem stają się powoli dinozaurami. I ta maszyna do nadziewania rurek… Pełny powrót do przeszłości, do czasów dzieciństwa, kiedy zakup w takim miejscu rurki wypakowanej kremem był oczekiwany z radością.

Do rurek nabyłem również napój gazowany o nazwie Cola Grochowska. Smakował jak landrynki z nutą coli i idealnie pasował do smaku rurek:

A same rurki? Fantastyczne! Smakowały dokładnie tak, jak te które jadłem jako dziecko. Chrupiący wafelek, doskonałe, kremowe nadzienie, które w ogóle nie przypomina tego badziewia z puszek.

Podsumowując: nie dziwi mnie, że przed wejściem co dzień ustawia się kolejka, a ludzie kupują je na tuziny. Te rurki po prostu są fenomenalne. Znowu poczułem się jak dziecko. Szczęśliwe dziecko.

Rurki z Wiatraka – Grochowska 210/212, 04-357 Warszawa

Facebook – https://www.facebook.com/RurkiZWiatraka

Restauracja Murzynek.

„Bułkę z pieczarkami wymyśliły w latach 60. moja mama i pani Nadarzyńska, które wówczas prowadziły Murzynka. W sklepach nie było parówek na hot dogi, dlatego sprzedawały bułki nadziewane jajecznicą z cebulką albo z sosem pieczarkowym – opowiada Hanna Kosińska” (źródło: https://magazyn-kuchnia.pl)

Kaszpir: Do Murzynka się nie chodzi(ło). Obok Murzynka się zawsze przechodziło i zamawiało na wynos. I tylko jedno danie, które było synonimem gastronomii ulicznej okresu Polski Ludowej, czyli bułkę z pieczarkami. O jej jakości nie można się wypowiadać, bo akurat ta zawsze zależała od jednego składnika, czyli pieczarek. Stały one zawsze godzinami w wielkim garze, ciągle podgrzewane i tylko od natężenia głodu u przechodzących osób zależało, czy po nałożeniu do rozgrzanej od środka i z reguły chrupiącej bułki, trafiły się zupełnie świeże czy też już „po przejściach”. Przeciętny warszawiak w przeciwieństwie do mieszkańców Krakozji czy Wrocławia nie jest emocjonalnie związany z okolicami rynku w swoim mieście (które w Warszawie zwą się Starówką). Chodzi tam albo od święta na śluby znajomych albo oprowadzając rodzinę z Polski, której koniecznie trzeba pokazać Zamek Królewski i Barbakan. Może stąd niższa obecnie jakość serwowanej buły, bo Murzynek ewidentnie nastawia się na turystów. Ale to faktycznie jedyne miejsce, gdzie ową bułę serwują a zatem warto udać się tam z kolegami lub koleżankami z prowincji i z miną znawcy oświadczyć: „to już nie to samo, co dziesięć lat temu” zyskując szacunek i opinię znawcy lokalnej kuchni. 

Co do zapiekanki serwowanej w tym miejscu nie mam żadnych zastrzeżeń. Jest prawilnie długa i chrupiąca a same pieczarki (nakładane już po upieczeniu) stanowią miłe uzupełnienie standardowego dodatku, jakim jest ser. Gdyby pomyśleć o innych ingrediencjach z czasów PRL-u, to mogłaby stać się drugim sztandarowym daniem w tym miejscu. Zwłaszcza, że w okolicy mamy ogromny deficyt street foodu i poza knajpami z ciężką polską kuchnią raczej nie uświadczysz szybkiej szamy. A szkoda.

Żorż: Bardzo byłem jej ciekaw. Bułki znaczy. Nie jadałem tego zbyt często, raptem kilka razy w życiu, bo w latach 80 zwykle wybierałem drożdżowy placek z pieczarkami zwany szumnie pizzą. Ale kocham duszone pieczarki, a biorąc pod uwagę fakt, że miejsce jest gastrohistoryczne, z automatu wpisałem Murzynka na listę miejsc do odwiedzenia.

Bułka z pieczarkami kosztuje złotych 10, co może wydawać się ceną nieco abstrakcyjną, ale w tym wypadku mamy do czynienia z kombinacją kilku składowych. Po pierwsze wspomniany wyżej fakt, iż jest to miejsce gdzie „traditional polish hot dog with mushrooms” został wymyślony, po drugie lokalizacja – warszawska Starówka nie należy do miejsc najtańszych. Po trzecie wreszcie potrawa od tylu lat serwowana zyskała tak liczne grono zaprzysięgłych fanów, że kiedy na krótko z niej zrezygnowano rozwścieczeni miłośnicy zagrozili buntem i bojkotem lokalu, więc czym prędzej bułkę z pieczarkami przywrócono do sprzedaży.

Bułka ląduje na opiekaczu, a następnie szczelnie wypełniana jest gorącym farszem z pieczarek i cebuli. Czy jest smaczna i warta tej ceny? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Mnie smakowała, aczkolwiek pieczarki były nieco zbyt łagodnie doprawione jak na mój gust.

W okienku nabyć również można zapiekanki, z czego skorzystaliśmy. Wbrew swoim zwyczajom wybrałem wersję najbogatszą (15 zł). Bardzo ciekawie wygląda proces przygotowania. Otóż na zapiekance najpierw ląduje szynka i ser, po czym bagietka idzie do pieca. Dopiero po zapieczeniu nakłada się na nią pieczarki z cebulą, takie same jak do bułki, i wydaje klientowi. Zapiekanka okazała się bardzo smaczna, bułka chrupała tam gdzie powinna, ser się ciągnął, a pieczarki dzięki obecności szynki i sera zyskały na wyrazistości.

Podsumowując: jestem zadowolony. Spróbowałem historii warszawskiej kuchni ulicznej i nie rozczarowałem się. Dzięki temu smakowi odbyłem sentymentalna podróż w przeszłość. Na pewno było to lepsze niż niejeden kebab.

Restauracja Murzynek – Nowomiejska 1/3, 00-278 Warszawa

Facebook – https://www.facebook.com/RestauracjaMurzynekWarszawa/

Pizzeria Renesans.

Kaszpir: Pierwszy raz byłem w Renesansie ze 30 lat temu. Te niepozorne okienka na głównej ulicy Saskiej Kępy zawsze będą mi się kojarzyć z pradawnym i raczkującym street foodem. Jest to bowiem jedno z niewielu miejsc, gdzie zjesz za jednym zamachem kurczaka z rożna, frytki i oczywiście pizzę w kawałkach. Włoch dostanie tu zawału, bowiem wspomniane legendarne danie nie ma nic wspólnego z włoską pizzą. Podaje się je na grubym cieście, w prostokątnych slajsach i z autorskim przesadnie słodkim sosem pomidorowym (niektórzy twierdzą, że jeszcze zagęszczanym mąką). Hawajska oczywiście jest dostępna i jak dla mnie najlepiej określa charakter tego miejsca. Jeśli dodać obsługę, która czasem swoim zachowaniem przypomina standardy PRL-u, to znacie już wszystkie powody kultowości Renesansu. Jeśli o mnie chodzi to za kawałek tutejszej pizzy oddam bez szemrania  wszystkie włoskie gnoczczi i bruszczetty.

Żorż: Phi, pizza na kawałki. Co w tym odkrywczego? No niby nic, a cieszy. Bo zamiast tradycyjnego trójkąta w stylu nowojorskim dostajemy prostokąt, któremu bliżej do pizzy sądeckiej z Klitki u Witka. Tutaj jednak ciasto jest cieńsze. Z jednej strony jest w tym jeszcze ten PRLowski sznyt, z drugiej czuć już wpływy kultury śródziemnomorskiej. Ale nadal jest bardziej swojsko niż zagramanicznie. I o to w sumie chodzi, bo ta pizza przypomina nam o smakach, jakie kształtowały nas na początku polskiego kapitalizmu. I nich tak zostanie.

Podsumowując: pizza mi bardzo smakowała, ale do sosu nie mogę się za bardzo przekonać. Być może dlatego, że nie jadam pizzy z sosami. Niemniej cieszę się, że mogłem tu wpaść i spróbować. Następnym razem wezmę jeszcze kiełbaski baranie i frytki.

Pizzeria Renesans – Francuska 33, 03-905 Warszawa

To tyle na dziś. W następnych częściach opowiemy Wam o Chińczyku z Senatorskiej, pierwszej włoskiej pizzerii w Warszawie, pyzach i flakach na Różycu oraz domowej kuchni w Mistrzu i Małgorzatce. Kilka miejsc podczas naszej wizyty w Warszawie było niestety zamkniętych, ale nie poddajemy się i za jakiś czas przywieziemy kolejną porcję recenzji. Jeśli macie w Warszawie miejsca, które od lat kochacie i odwiedzacie – dajcie znać w komentarzach. Chętnie wpiszemy je na listę i odwiedzimy przy najbliższej okazji.

Vegan AF Ramen, czyli z wizytą u Harrego

Podcast nr 9 – Ur’Tacos

Dodaj komentarz