http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2016/12/Kasztany-Celtycki-1050x591.jpg

Zimowy Festiwal Dobrego Smaku – kilka gorzkich uwag

Picniało strasznie. Po prostu strasznie. Niby stopień na minusie, a odczuwałem zimno, jakbym był na Antarktydzie. Nie mogłem jednak zawieść, więc musiałem się zawieźć do Łodzi na budzący się właśnie do życia Zimowy Festiwal Dobrego Smaku & Foodtucki GwiazdkOFFo 2016. Ten zaczął się już w piąteczek, lecz mogłem dotrzeć na miejsce dopiero w sobotę. Swoją drogą – po jaką cholerę organizatorzy odpalili wydarzenie w piątek o godzinie 13:00, nie mam kompletnie pojęcia. Ludzie wtedy siedzą w robocie, kończąc swoje zajęcia często o osiemnastej i zanim by dotarli, dzień festiwalowy się kończy. Ale to przecież spece od OFFa, więc co się dziwić. Sobota. Trwa jednak sobota. Dotarłem na miejsce kilka chwil po rozpoczęciu. Przekroczyłem bramę terenu OFF Piorkowskiej, stanąłem, rozejrzałem się. Gdzie do cholery jest ta impreza? Ani oznaczeń żadnych, bannerów, standów, plakatów, strzałek. Kompletnie nic. Wróciłem przed bramę. O! Stoi coś. Zapraszają na EKO Targ i jakąś wyprzedaż książek. Serio? To jest ten festiwal czy jednak go nie ma? Wbiłem się dalej w teren, by na samym końcu, tam gdzie nikt by za bardzo nie chodził, zobaczyłem foodrucka. I kilka kolejnych. Obok wielka zjeżdżalnia, zasłaniająca kompletnie widok. Dopiero po drugiej jej stronie, postawiono stragany dla wystawców. Co od razu rzuciło mi się w oczy – jeśli ktoś miał swój banner, punkt dla niego. Jeśli jednak nie wozi ze sobą wszystkich materiałów, był kompletnym no name, bo organizatorom zapomniało się oznaczyć stoisk. By się rozgrzać, postanowiłem poznać wszystkich wystawców. Odwiedziłem wszystkich, posłuchałem ciekawostek, oczywiście zostałem poczęstowany rarytasami. Genialny śledź kiszony i pierwsze spotkanie z jadalnymi kasztanami, oczywiście od Celtyckich Smaków.

Krucjata Smakiem zaserwowała mi ogromne pierogi z ciasta chlebowego z farszem mięsno-szpinakowym. Jak nie jadam szpinaku, tak tutaj sztos.

Stacja Winiarska Michałowice rozgrzała mnie pysznym grzańcem, a Kuchnia Rycerska podniosła temperaturę swoimi nalewkami.

Każdy opowiadał mi różne ciekawostki, traktował jak starego dobrego znajomego i zarażał pasją. Niestety pasją nie chcieli się zarazić lokalsi. Jeśli już ktoś cudem dotarł dalej, niż na ten cały EKO Targ, snuł się dookoła stoisk festiwalowych foodtrucków, kiwał głową na ceny, bo jak to, żeby taki burger był za 20 zł, jak w Macu to on ma za 10 zł zestaw z kuponami albo dlaczego ma niby kupić cztery wielkie pierogi za dwudziestaka, skoro w Biedrze ma pakę badziewia za sześć zyli. Oczywiście nie mogło zabraknąć debilnych komentarzy. „Patrz! Wątróbka po meksykańsku. Pewnie z papryką. Jakie śmieszne”; „Widziałeś? Tam się mięso kręci na ruszcie. Hehe”; „To? Nie wiem, co to jest. Wolę nie próbować”. Jakby to powiedział Zbysiu Stonoga „to jest dramat” i podkreślił to słowem na literę „k”. Rozumiem, że w mieście panuje silny lokalny patriotyzm, choć nie wiem kompletnie, skąd się w ludziach wziął, ale bać się czegoś spróbować, bo nie jest serwowane w lokalnych restauracjach  albo oburzać się na ceny? Najlepsze jest w tym wszystkim jest to, że część przechodzących osób krzywiła się na „drożyznę” po czym szła do którejś z OFFowych restauracji, gdzie obiad kosztuje naprawdę większe pieniądze. To-jest-dra-mat. Sytuacją był zniesmaczony mocno również mój telefon i gdy zacząłem prowadzić pierwszą w swoim życiu relację na FB, wziął się i rozładował od 50% do cna w pięć minut. Także ten. Sobota festiwalowa skończyła się dla mnie o 16, kiedy to musiałem udać się na wigilię pracowniczą. Wszyscy wystawcy walczyli dzielnie o klienta jeszcze kilka godzin, choć była to batalia stracona. Przekonałem się o tym w niedzielę. Foodtrucki rozjechały się do domów, nie zarabiając nic, a wręcz dokładając do interesu. Walenty Kania, wraz ze Stacją Winiarską i browarem Koreb, zwinęli się na dobre. Została garstka. Jeśli już ktoś trafił na teren Zimowego Festiwalu Dobrego Smaku, był mocno zdziwiony obecnością restauratorów. Pojawiali się również moi znajomi, ale tylko dzięki postowi na Facebooku. Tak nikt nie miał pojęcia o imprezie. Ostatniego dnia, niewiele czasu przed moim przybyciem, udało się dotrzeć na OFFa lokalnej telewizji. Świetna reklama. Jakby przybyli w piątek, udałoby się pewnie nakręcić ludzi, tak cała operacja wzbudziła jedynie niesmak i śmiech przez łzy. Ponieważ siódmy dzień tygodnia rozpocząłem od dużych problemów żołądkowych i potwornej suchości w ustach, pewnie po tej rybce z wigilii pracowniczej, interweniował House of Sushi, pojąc mnie wywarem z ramenu. Postawił mnie skutecznie do życia. Niedziela skończyła się dla nas około siedemnastej. Po południu ktoś nawet zaczął zaglądać, lecz do nazwania tego szałem, było bardzo bardzo daleko. Co mogę powiedzieć? Wspaniale było poznać wszystkich wystawców, spędzić z nimi czas, zdobyć nową wiedzę, spróbować nieznanych dotychczas smaków i po prostu poczuć się fajnie. Pozytywni ludzie zawsze poprawiają humor, nawet jeśli patrzy się na ich mały dramat. Stali trzy dni. Trzy pieprzone dni, by ledwo wpadło im do sakwy kilka grosików. Miał być wielki szturm klientów, wyszła lipa. Tutaj należy się nie tylko prztyczek, ale cała pięść w nos organizatorów. OFF Piotrkowska mając do dyspozycji tak silną markę, jaką jest Festiwal Dobrego Smaku, nie potrafiła wykorzystać szansy na zrobienie fajnej imprezy. Ba! Wręcz nie próbowali. Przy bramie od Piotrkowskiej, która prowadzi na teren OFFa jest od cholery miejsca. Może na terenie trwają jakieś wykopki, ale nadal jest miejsce. Foodtrucki i stoiska byłyby widoczne, co zwiększyłoby konwersję. Nie dało się jednak ogarnąć przodu? Dobra! Wystarczył wielki banner od Piotrkowskiej, a także strzałki prowadzące na miejsce. Ludzie by przyszli. Czy była wcześniej jakaś reklama w lokalnych gazetach? Reklama radiowa? Może TV? Hmm. Nie było. Nawet na Facebooku nikt nie ustawił żadnego postu sponsorowanego. Pojawia się tutaj znowu jedno słowo – dramat. OFF może krzyczeć, że przecież koszty, tylko jak się dziw dowiedziałem, lokalne restauracje i wystawcy dali kasę na marketing, co skończyło się postawieniem cholernej zjeżdżalni o której nikt i tak nie wie. Róbcie tak dalej, a festiwale niedługo się skończą, bo nikt nie będzie chciał się wystawić. Gromkie brawa.

Arek Tysiak.

Na koniec jeszcze kilka zdjęć.




There are no comments

Add yours