http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2015/07/fcnaleśniki1.jpg

Wrocław pod hasłem „jeszcze nie ma”.

Na wstępie chciałem zaznaczyć, że nie to będzie tekst przyjemny. Ze wszystkich miejsc, które we Wrocławiu odwiedziliśmy, żadnych zastrzeżeń nie mieliśmy tylko do dwóch. Ale może dlatego, że w jednym z nich nic nie jedliśmy, a na drugie trafiliśmy absolutnym przypadkiem. Miasto Wrocław robi bardzo dobre wrażenie, jest bardzo urodziwe, fajnie skomunikowane, pełne zieleni. Ale są we Wrocławiu rzeczy, obok których nie umiem przejść obojętnie.

Przed wyjazdem zrobiłem solidny research i wybrałem miejsca, które na ekranie wyglądały bardzo dobrze. Zignorowałem jedną negatywną opinię i później bardzo tego żałowałem. Ale po kolei, wszystko zaczęło się od doświadczenia bardzo przyjemnego.

Ember – kuchnia libańska w okolicy przystanku Rynek, przy ulicy Ruskiej 61. Nie ukrywam, byłem bardzo głodny, nie sprawdziłem tego miejsca wcześniej, ale zapachniało mi z niego tak orientalnie, że nie umiałem się powstrzymać. Weszliśmy do środka, wnętrze lokalu czyste i schludne, głośno grająca arabska muzyka i Pan wyglądający na właściciela, podśpiewujący sobie od czasu do czasu pod nosem. Zatęskniło mi się za falaflem którego po raz pierwszy w życiu próbowałem w Malmo kilka tygodni temu. Zamawiam więc jedną z najtańszych pozycji w menu, zwykłego falafla za 10 zł. Kilka chwil później, uprzednio myjąc ręce, właściciel sam przystępuje do rzeźbienia kuleczek z ciecierzycy, które po chwili lądują w gorącym oleju. Bardzo mi się to podobało. Po zapieczeniu w opiekaczu w moje ręce trafia nie największe, ale bardzo zachęcająco wyglądające zawiniątko. Po ugryzieniu szeroko się uśmiecham, falafel smakuje niemal dokładnie tak samo jak ten, którego próbowałem w Szwecji. Zaczynam mieć słabość do tego prostego dania. Rozczula mnie ono ilością egzotycznych przypraw. Nigdy nie sądziłem, że coś wegetariańskiego może mi aż tak smakować. Zjadłem z wielkim smakiem i nie żałowałem ani złotówki.

falafel ember falafel falafel1 falafel2

Po przejściu przez Rynek stwierdziliśmy, że czas na obiad. Skierowaliśmy się więc do wypatrzonego wcześniej lokalu FC Naleśniki. W ogródku na zewnątrz nie było miejsca, w środku zajęliśmy przedostatni wolny stolik. Po krótkiej chwili pojawiła się Pani kelnerka z menu, my jednak już wiedzieliśmy na co mamy ochotę. Była godzina 14, lokal otwarty od godziny 11. Okazało się, że nadzienia ruskiego ‘jeszcze nie ma’. Musieliśmy zatem nieco zmienić swoje zamówienie, nie bez żalu, właśnie tamtego nadzienia chciałem spróbować najbardziej. Wybór padł na Quentine (ser, pieczarki, jajko, szynka, kiełki) z sosem czosnkowym i Salami (ser, salami, pomidor, cebula i pieczarki) z sosem pomidorowym. Pani przyjęła zamówienie i odeszła. Po około 20 minutach klienci przy sąsiednim stoliku zostali poinformowani, że czas oczekiwania na naleśniki wynosi około 30 minut. Mina nam nieco zrzedła. Byliśmy już mocno zniecierpliwieni i bardzo głodni, kiedy po ponad 30 minutach dostaliśmy w końcu swoje zamówienie. I na szczęście jedzenie obroniło się w stu procentach. Jedynym małym zgrzytem było to, że wnętrze naleśnika z salami było nieco chłodne. Ale oprócz tego, były to jedne z najlepszych naleśników jakie w życiu jadłem, a porcja była wielka i niesamowicie sycąca. Sosy bardzo przyjemnie dopełniały smak całości, nie miały ani śladu chemicznego posmaku, możliwe, że są robione na miejscu, w każdym razie tak właśnie smakują. Mimo długiego czasu oczekiwania wychodziliśmy z FC Naleśniki naprawdę bardzo zadowoleni i syci. To były dobrze wydane pieniądze.

fcnaleśniki fcnaleśniki1 fcnaleśniki2 fcnaleśniki3

Po spacerze po uliczkach w okolicach Rynku trafiliśmy do miejsca które nas ujęło, wszystkim, nazwą, sztuką uliczną na zewnątrz, wystrojem, dostępnymi piwami, ich cenami i smakiem. Rejs Pub, to maleńki lokal z dosłownie dwoma stolikami i krótkim barem. Pełen jest plakatów i kadrów filmowych. Jest nawet replika Misia z filmu Stanisława Barei, nie mogliśmy się nie polubić. Do tego lane piwo Zamkowe z Browaru Namysłów w cenie 5,5 zł za pół litra i lany ciemny Litovel za złotych 7. Gdybyśmy wiedzieli co spotka nas później, to poważnie zastanawialibyśmy się, czy tam nie zostać.

rejspub2 rejs pub1 rejs pubWypiliśmy po piwie i ruszyliśmy przez Rynek w kierunku multitapu Kontynuacja. Kolejne miejsce które bardzo chciałem odwiedzić. Byliśmy na miejscu jakieś 15 minut przed otwarciem, więc usiedliśmy na krzesłach w ‘ogródku’ i czekaliśmy posłusznie na otwarcie. W środku krzątały się już dwie osoby, chwilę przed godziną szesnastą pojawiła się kolejna. W końcu chwilę po godzinie 16 weszliśmy do środka. Na początek okazało się, że oba stouty na które miałem ochotę są niedostępne, gdyż nie działa pompa, która umożliwiałaby nalanie ich do szklanek. Kilkanaście sekund później okazało się, że mniej więcej połowa tablicy jest nieaktualna. Z siedmiu piw na które mieliśmy ochotę dostępne były dwa. Tak, fajnie jest się napić piwa z BrewDoga w Polsce, ale dla mnie coś takiego jest niedopuszczalne, po to tablica jest napisana kredą, żeby można było ją zaktualizować tak szybko, jak to tylko możliwe. To niepoważne traktowanie klientów, po prostu.

kontynuacja kontynuacja1

W ten sposób zakończyliśmy dzień pierwszy we Wrocławiu. Później odbył się jeszcze X Superfinał Topligi – najwyższej klasy rozgrywkowej w futbolu amerykańskim w Polsce, który to mecz ściągnął nas do stolicy Dolnego Śląska, ale o tym pisał nie będę.

Nie zawaham się za to napisać o tym, co spotkało nas następnego dnia rano. W okolicach godziny 10 w niedzielę zjawiliśmy się w Szynkarni. Kolejnego już lokalu który bardzo chciałem odwiedzić ze względu na bardzo ciekawe menu śniadaniowe i spory wybór rzemieślniczych piw. Na początku nic nie zapowiadało katastrofy. Kelnerka pojawiła się dość szybko, wręczyła nam menu i karty piw. Zamówiliśmy jajecznicę, z dwóch i z trzech jajek i dwa piwa. Do tego każde z nas powinno otrzymać koszyk pieczywa, pastę z kabanosów, ser biały i masło. Pierwsze wkurzenie przyszło w momencie, gdy na piwa przyszło nam czekać 20 minut. Owszem, lokal i ogródek był niemal pełen, ale gośćmi zajmowały się 3 kelnerki, które zanim przyniosły nam piwo, wolały powoli posprzątać brudne naczynia ze stolika opuszczonego przed momentem przez poprzednich gości. Owszem, piwo było smaczne. Ale nawet ono nie osłodziło nam kolejnych dwudziestu minut oczekiwania. To co pojawiło się przed nami po tym czasie zapamiętam na długo. Jeden koszyk pieczywa z czterema kromkami chleba, które kształtem sugerowały, że nie są świeżo krojone i z bułeczkami tak gorącymi że niemal oparzyliśmy sobie palce, miseczki z homeopatycznymi porcjami pasty z kabanosów i sera no i w końcu ‘creme de la creme’. To co podano nam jako jajecznicę wyglądało jak zbrylona żółta masa, tak sucha że najwygodniej byłoby ją kroić nożem, miejscami bardzo mocno przypalona i w rozmiarze takim, że nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Taka rada, proponuję zainwestować w jeszcze większe talerze, te porcje będą na nich wyglądać jeszcze bardziej imponująco. Zjedliśmy, ale tylko dlatego, że byliśmy bardzo głodni i chcieliśmy dopić piwo. Bez dwóch zdań była to najgorsza jajecznica w moim życiu, czułem się jakbym jadł tekturę. Nieposoloną. Chleba bałem się spróbować, pasta z kabanosów równie dobrze mogła być rozgniecionymi widelcem szprotkami w oleju, serek wyglądał i smakował jak kupny. Za to jedno z najgorszych doświadczeń kulinarnych w moim życiu przyszło mi zapłacić 28 złotych (za same jajecznice, piwa rzecz jasna nie wliczam). Wstyd. Nawet jeśli są to najekologiczniejsze jajka od najszczęśliwszych kur na świecie, to przygotowane w ten sposób smakują gorzej niż jajka klasy 3 kupione w markecie w cenie 2 zł za 10 sztuk. I jeszcze kilka obserwacji, dwie dziewczyny siedzące nieopodal, czekały na dwie szklanki lemoniady 20 minut, para przy stoliku obok na talerz wędlin, wyglądających jak składniki przygotowane do zrobienia domowych koreczków podobną ilość czasu. Konkluzja, jeśli nie jesteś w stanie obsłużyć klienta w akceptowalnym czasie, nie otwieraj ogródka, lub powiększ kuchnię i zatrudnij większą ilość kucharzy i kelnerów. Ja do Szynkarni nie wrócę za żadne pieniądze, ani na śniadanie ani na nic innego co ten lokal oferuje.

szynkarnia szynkarnia1 szynkarnia2 szynkarnia3 szynkarnia4 szynkarnia5 szynkarnia6 szynkarnia7 szynkarnia8

Po takim doświadczeniu baliśmy się wejść gdziekolwiek indziej. Wróciliśmy tylko na piwo do jedynego lokalu który zadowolił nas w pełni czyli do Rejs Pubu. Czarny lany Litovel to naprawdę dobre piwo.

Podsumowując, Wrocław to naprawdę fajne miasto, tak bardzo żałuję, że mieliśmy takiego pecha i trafiliśmy na miejsca, które miały duży potencjał a coś, albo wszystko, w nich nie grało. Nie wiem kiedy będzie kolejna okazja, żeby odwiedzić stolicę Dolnego Śląska, ale wiem na pewno, który lokal omijać wówczas najszerszym łukiem z możliwych. Jestem pewien, że Wrocław pełen jest miejsc prawdziwych, gdzie jedzenie jest naprawdę dobre, świeże i podane w czasie który nie powoduje, że z głodu zagryzam pięść, żałuję, że tym razem nie dane było nam do nich trafić.

Michał Turecki

Ceny:

Ember – Falafel – 10 zł

FC Naleśniki – Salami – 14 zł, Quentin – 12 zł, sosy 1,50 do każdej porcji

Szynkarnia – jajecznica z dwóch jaj z dodatkami – 12 zł, jajecznica z trzech jaj z dodatkami – 14 zł

Ember – kuchnia libańska – ul. Ruska 61, Wrocław

Strona na facebooku – https://www.facebook.com/ember.kuchnialibanska

FC Naleśniki – ul. Kuźnicza 63/64, Wrocław

Strona na facebooku: https://www.facebook.com/pages/FC-Nale%C5%9Bniki/238505376210594?sk=timeline

Szynkarnia – św. Antoniego 15, Wrocław

Strona na facebooku: https://www.facebook.com/Szynkarnia




There are no comments

Add yours