http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2013/05/krewetki5smakow2.jpg

Wietnamska niedziela, czyli wizyta w Sao Mai

Dawno nie recenzowaliśmy „chińszczyzny”, a ponieważ chodziła za mną zupa pho, postanowiliśmy nie gotować obiadu, tylko przetestować jedzenie w Barze Orientalnym Sao Mai. Lokal znajduje się na ulicy Orkana 14A (pawilony) na kieleckim osiedlu Uroczysko.

 

 

Menu, jak to zwykle w takich barach, rozbudowane na maksa – 189 pozycji. Osiołkowi w żłoby dano… Po szybkiej naradzie złożyliśmy zamówienie i zasiedliśmy do stolika. Miejsca sporo – 3 stoliki 4-osobowe, 1 na 8 osób i 3 stoliki 6-osobowe. Do tego 4 miejsca przy barze. Po około 10 minutach zaczęły wjeżdżać na stolik zamówione przez nas potrawy. Zaczęliśmy od zup.

 

Zupa Krabowa (5 zł): Najsłabsza z tych, które zamówiliśmy. Gęsta, o konsystencji kiślu, zawierała kawałki warzyw i paski paluszków krabowych. Nieźle doprawiona, ale nie uwodziła. Brak jej było wyrazistości, ale to pewnie wina głównego składnika – w końcu paluszki krabowe smaku nie mają. Może więcej ziół (kolendra, trawa cytrynowa) poprawiłyby smak? Tak czy siak – za 5 zł cudów nie wymagam, jako starter może być.

 

 

Zupa Krewetkowa (5 zł): konsystencja podobna do Krabowej, ale w smaku dużo lepsza. No i co najważniejsze: zawierała krewetki koktajlowe w ilości 10 szt. Niesamowite. Za 5 zł !!! W takich Noodlach z pudła za 21 zł było ich raptem 6… Tę zupę mogę polecić z czystym sumieniem. Smaczna, sycąca, naprawdę warto. Można „podkręcić” jej smak pastą chili, staje się wtedy jeszcze lepsza.

 

 

 

PHO z kurczakiem (8 zł): nie ukrywam, że głównie z powodu zupy pho dałem się na ten wyjazd namówić. Poprzeczkę ustawił warszawski Toan Pho bardzo wysoko, więc byliśmy ciekawi, jak wypadnie kielecka wersja.

Porcja dużo większa niż np. zupy krabowej, solidna micha, acz nie tak duża, jak w Toan Pho czy Du Za Mi Ha. Makaron ugotowany idealnie, kawałków soczystego kurczaka dużo, zioła. Ale jednak do tej z Toan Pho brakuje jej dużo. Była dobra, ale powiedziałbym, że mimo wszystko ciążyła w stronę dobrego rosołu raczej niż klasycznej wietnamskiej pho. Zapewne jest to wina małej ilości (w porównaniu do TP) ziół. Mimo wszystko za 8 zł polecam, bo za te pieniądze naprawdę niezła.

 

 

PHO z wołowiną (8 zł): moim zdaniem najlepsza z wszystkich 4 zup, jakie wzięliśmy, choć do ideału jeszcze jej trochę brakuje. Okazała się  najbardziej esencjonalna, najbardziej nasycająca. Dodatkowo doprawiłem cytryną i pastą z chili. Rozgrzała mnie i zachęciła do zamówienia następnych dań. Wołowina miękka, jest jej naprawdę sporo, podobnie jak makaronu (warto zaopatrzyć się od razu w widelec, ułatwia on bardzo jedzenie), zioła dobrze wyczuwalne, jednak powinno ich być moim zdaniem drugie tyle. Ale warto spróbować, w tej cenie jest to najlepsza azjatycka zupa, jaką w Kielcach jadłem. Polecam.

 

 

Po zupach przyszła pora na dania obiadowe. Nieco mnie zdziwiło, że w barze azjatyckim można zamówić kebab na frytkach, ale cóż, jest to jednak najpopularniejsze danie w polskiej gastronomii. Syn się uparł, że chce kebab, zamówiłem mu. Kosztuje 12 zł (w cieście 7  zł). Porcja klasyczna: mięso, frytki, surówka. Próbuję frytek – od razu posolone, dość mocno trzeba dodać. Frytki z mrożonki, ale usmażone dobrze. Surówka to typowa biała kapusta, doprawiona na sposób azjatycki, czyli słodko-kwaskowa. A sam kebab? Hmmmm… Nazwałbym to Pho Kebab. Kawałki mięsa okazały się bowiem gotowanymi, a następnie obsmażonymi kawałkami drobiu. Czyli mówiąc wprost – resztki rosołowe doprawione delikatnie przyprawami azjatyckimi. Nie przekonało mnie to kompletnie, z kebabem nie miało to nic wspólnego. Omijać szerokim łukiem, chyba, że koniecznie chcecie sprawdzić, jak kebab smakować nie powinien.

 

 

Krewetki w 5 smakach (11 zł) z ryżem i surówką również nie porwały. Kilkanaście krewetek koktajlowych z warzywami w sosie doprawionym „przyprawą 5 smaków”. Danie do bólu klasyczne, w sensie, że smakuje dokładnie tak samo, jak w 99% „chińczyków”. No i co tam robiła kukurydza?!

 

 

 

Cielęcina Ha Noi (16 zł) podana na gorącym półmisku miło skwierczała, kiedy wjechała na stolik. Obok dostałem osobny talerz z ryżem i surówką. Zapowiadało się bardzo dobrze. Zabrałem się do jedzenia. Mięso miękkie i smaczne. Na początku. Bo później dominują już warzywa, które podobnie, jak krewetki w 5 smakach, smakowały głównie solą i imbirem. Nie tego się spodziewałem, liczyłem raczej na coś w rodzaju Kurczaka po Wietnamsku podawanego w barze Hanoi, czyli dobrze obsmażonych i soczystych  kawałków mięsa, a nie mięsa w sosie warzywnym.

 

 

Krewetki Ha noi (16 zł), podane identycznie jak Cielęcina – na gorącym półmisku. Duże krewetki (7 sztuk) wymieszane były z warzywami doprawionymi identycznie, jak Cielęcina Ha Noi. Czyli dominował imbir i… sól. Same krewetki soczyste i chrupiące, gdyby zostały podane bez warzyw – uznałbym je za świetne. W takim zestawie jednak ginęły i ostatecznie całe danie rozczarowuje.

 

 

 

Zaskakująco dobry okazał się natomiast Kurczak chrupiący (11 zł), którego wzięliśmy dla odmiany z frytkami (+4 zł). 4 solidne kawałki piersi kurczaka zamknięte zostały w chrupiącym, aromatycznym cieście. Dzięki temu mięso nie było suche i smakowało naprawdę dobrze. Fajnie doprawiony, dość lekko jak na kuchnię azjatycką, okazał się bodaj jedynym daniem, które nie zostało mocno posolone. Polecam.

 

 

Całość popijaliśmy Coca Colą (1 litr – 7 zł).

 

Podsumowując: Sao Mai oferuje przyzwoite porcje za rozsądne pieniądze. Jeśli nie szukacie fajerwerków smakowych to będziecie zadowoleni. Ja osobiście nieco się rozczarowałem – zupy stały na zdecydowanie wyższym poziomie niż „drugie dania”, które (poza chrupiącym kurczakiem) okazały się być przyprawiane „na jedno kopyto” z dużą ilością soli. Na pewno smakują dużo lepiej niż te oferowane w Galerii Echo, na pewno składników głównych nie żałują (ciągle widzę tę ilość krewetek w zupie za 5 zł!). Na pewno stosunek cena-ilość jest na 5 z plusem. Jednak mimo wszystko jest to po prostu kolejna azjatycka jadłodajnia, a miałem nadzieję na coś więcej. Na kieleckie Toan Pho przyjdzie mi niestety jeszcze poczekać… Za jakiś czas wpadnę ponownie, bo nie spróbowaliśmy w końcu sajgonek, ale następnym razem skupię się raczej na testowaniu pozostałych zup niż dań „drugich”.