close
W poszukiwaniu idealnego burgera – lovekrove

W poszukiwaniu idealnego burgera – lovekrove

0udostępnień

Dzisiaj tekst gościnny. Daniel dawno temu pisał dla nas recenzję  burgerów w Gin-Ger, teraz prowadzi własnego bloga (Męski Lifestyle), na którym recenzja ta pierwotnie się ukazała. Zapraszam do lektury:

 

W drugim odcinku cyklu, w którym poszukuję idealnego burgera, tak jak kucharz Bartolini z eskadrą poszukiwał Baltazara Gąbki, opiszę pierwsze miejsce na kulinarnej mapie Krakowa, gdzie miałem przyjemność skonsumować ten pramęski przysmak. Miejscem tym, na co wskazuje zresztą świetne zaprojektowane logo obok, jest lovekrove na krakowskim Kazimierzu, w którym serwowane są, jak głosi slogan „najlepsze burgery dla smakoszy” (za użyciem francuskiego gourmet). Czy faktycznie tak jest?

Zacznijmy od samego miejsca. Od pierwszej chwili bardzo spodobało mi się przestrzenne i jasne wnętrze. Co więcej, możliwość podglądania kucharza jest niewątpliwą zaletą, zwłaszcza dla osób, które są równie nieufne jak ja. Przestrzennie było także ze względu na panującą tu pustkę, niestety poza obsługą nie zastałem nikogo, co zwalić można tylko po części na porę dnia (13-14). Co do obsługi właśnie, posiłek podano mi niespiesznie, jednak jestem z tych, którzy uważają to za zaletę, wierząc, że im dłużej przygotowywana potrawa, tym świeższe składniki, z których jest zrobiona.

Przyznam, że minęło parę chwil zanim zdecydowałem się na konkretnego burgera, jednak ostatecznie wybór padł na najbardziej klasycznego w karcie, o nazwie Diego. W skład weszła oczywiście świeża wołowina, salsa pomidorowa, czerwona cebula sałata, awokado i majonez. Wszystko to zamknięte było w świeżym pieczywie, przyrządzanym na miejscu jeśli się nie mylę. I choć było ono doskonale chrupiące, to jednak w jedzeniu burgera nie była to niestety zaleta. Zastąpienie klasycznej bułki pieczywem a’la bagietka spowodowało, że w czasie jedzenia wnętrzności burgera wylatywały mi, także przy jedzeniu sztućcami, co nieraz ratuje przy wysokich burgerach, których nie sposób zmieścić w ustach. Ważniejszy dla mnie był jednak smak samego mięsa, które nie dość, że było świetnie przyprawione, zostało idealnie wysmażone (medium), przez co kotlet był niezwykle soczysty i rozpływał się w ustach. Jego smak doskonale podkreślało awokado, przez które wybrałem właśnie tego burgera, zawsze chciałem sprawdzić to znane i lubiane połączenie wołowiny z tzw. owocem smaczliwki. Salsa pomidorowa, cebula i sałata w połączeniu ze świetnym majonezem dopełniły całości, przez co wnętrze burgera było soczyste, ale nie rozciapane. Może i tu leży zasługa chrupiącego pieczywa, gdyż inne mogłoby zdecydowanie bardziej ucierpieć.

 

lovekrove1

 

W każdym razie, burger którego zjadłem był bez wątpienia pyszny, choć przeszkadzał mi w jedzeniu fakt, iż wszystko rozlatywało mi się po talerzu. Po posiłku żałowałem, że nie zamówiłem dodatku w postaci łódeczek ziemniaczanych, gdyż burger, choć duży wg. karty, nie nasycił mnie tak jak bym tego chciał. Tutaj też zasługa może być w treningu, który odbyłem przed przyjściem do lokalu, który polecam każdemu, kto znajdzie się w okolicy ulicy Brzozowej 17 na Kazimierzu. Burger Diego (duży) kosztował mnie 22 zł, świeży sok z grejpfruta 6 zł, a więc cała przyjemność wyniosła mnie nieco ponad 30 zł. Tak, umiem liczyć, jednak nie zdarzyło się chyba jeszcze, żebym nie zostawił obsłudze napiwku, może poza sytuacją, gdy z jedzeniem było coś ewidentnie nie tak. Cena jak cena, mogłoby być taniej, zważając na to że otrzymujemy samą kanapkę, bez dodatków, ale jedząc burgera na mieście trzeba się liczyć z podobnym wydatkiem, zwłaszcza w Krakowie, a stosunek jakości do ceny jest jak najbardziej na korzyść lovekrove.

 

lovekrovemenuNIU lovekrovemenu1

 

Autorem wpisu i zdjęć jest Daniel Tarka.

 

Krowa w kwiatach, czyli hippie burger

Qń w Ojisan Milk Bar. Część 1

Dodaj komentarz