http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2018/03/akita-tricity1-1050x700.jpg

To jest ramen! A jedliście japońskiego schabowego? AkitaRamen Bar już działa w Krakowie

Marzenie ramenomaniaków z Krakowa (i sporej części południowej Polski) wreszcie się spełniło. Najbardziej wyczekiwane otwarcie tego roku już za nami. Od soboty przebojowa ekipa z jednego z najlepszych polskich food trucków na stale zadomowiła się na Kazimierzu. W menu AkitaRamen Bar oprócz obłędnego ramen w czterech odsłonach ciekawe przekąski i, na razie jedno, danie obiadowe, czyli schaboszczak po japońsku.

AkitaRamen to marka, której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Zaczynali w Trójmieście, przez dłuższy czas działali w Warszawie, aż wreszcie spełnili swoje (i całej rzeszy ich miłośników) marzenie i wreszcie, po czterech latach działalności otworzyli lokal. Wybrali Kraków nieprzypadkowo. To właśnie tu, pod Wawelem, wielbieni są nieprzeciętnie. Świadczyć o tym mogą choćby przesławne już kolejki ustawiające się do ich trucka podczas foodtruckowych zlotów. Wieść o tym, że ta kultowa marka otwiera swój lokal w Krakowie obiegła Polskę lotem błyskawicy. No dobra, przechodzimy do meritum, czyli kuchni.

Lokal oczywiście daje nieporównywalnie większe możliwości niż samochód. Więc i menu jest bardziej różnorodne. Zanim przejdę do ramenu, kilka słów o przystawkach. Jest ich na razie pięć (ekstra ryżu nie liczę).

Na pierwszy ogień idzie kimchi – przygotowywane tradycyjnie w koreańskim stylu. Kapusta pekińska jest jak dla mnie idealnie pikantna. Kiszonka kosztuje 12 zł i jest doskonałym starterem dla każdego, kto lubi wyraziste smaki.

Mięsożercy zachwyceni będą boczkiem kakuni (14 zł), delikatnym, rozpływającym się w ustach, upieczonym w niesamowicie aromatycznym sosie hoisin. Całość jest bardzo wyważona, intensywna, słodka. Dokładnie taka, jak powinna być.

Tatar z serca wołowego z kolendrą, odrobiną chili i sosu sojowego (18 zł). I to jest hicior. Niesamowicie delikatny hicior. Smak mięsa idealnie koresponduje z aromatyczną kolendrą. Chili (dodałam więcej, bo lubię ostrzejsze jedzenie) fajnie podkręca całość. To było bardzo pozytywne zaskoczenie. Tatara próbowałam dwa razy (podczas bardzo sympatycznego wieczoru dla znajomych, czyli wielkim testowaniu na żywych organizmach, które od razu powiedzą, czy im to „siada” czy nie i podczas kolacji dla blogerów tuż przed samym otwarciem lokalu) i w obu przypadkach smakował wyśmienicie.

Przechodzimy płynnie do kolejnej przekąski. To buta chips, czyli dobrze przyprawione prażynki ze skóry wieprzowej (10 zł). Faktycznie wygląda jak zwykłe prażynki. Obficie posypane chili i solą. Dobre to. I lekkie w smaku. Coś zupełnie innego.

Tempura to ostatnia z przystawek, której spróbowaliśmy. Pocięte w cienkie paski warzywa (marchew, bakłażan, cebula i fasolka edamame) w delikatnej, złocistej „japońskiej chmurce”. Podane ciepluteńkie, aromatyczne, po prostu bajka. Do tego majo i nic więcej nie potrzeba. Wielki plus za wyrazisty smak warzyw, nieprzytłoczony tempurą. Porcja kosztuje 18 zł.

Niedługo do przekąskowego repertuaru dołączą jeszcze dwie pozycje – onigiri i green goma (fasolka z sezamem).

Ramen. Jest w czterech wydaniach. Trzy z nich (mniej-więcej) znamy ze zlotów. Mniej więcej, bo jednak to, co dostaniem w lokalu, jest inne niż to, co znamy ze zlotów. Mamy więc w karcie dania: flagowy Akita Ramen, Chashu i Tricity (wszystkie po 29 zł). Do nich dołączył Tonkotsu w megaśnym wykonaniu. Ale po kolei.

Pierwsza najważniejsza różnica dotyczy samego makaronu ramen. Jest inny niż ten, który serwowany był w trucku. Świetnie współgra z wywarami, w których jest zanurzony. Jest bardziej jędrny i sprężysty. W Tricity zjemy go w bulionie drobiowo-wieprzowym z dodatkiem kapusty pok choi, orzeźwiającego imbiru, pikantnej marchewki i nóżek kurczaka w sosie teriyaki. Do tego sezam, nori, olej sezamowy i jajko. Bulion jest obłędnie esencjonalny, o intensywnym, wyrazistym smaku, ale na tyle wyważony, że  nie przytłacza smaku pozostałych dodatków. Tu po prostu wszystko gra.

Ale moje serce (podniebienie/żołądek) skradł tonkotsu ramen (33 zł). Pierwszy raz miałam możliwość spróbować go tydzień przed otwarciem (podczas testów na zaprzyjaźnionych żywych organizmach z natychmiastową reakcją w postaci konkretnych uwag i sugestii). Tydzień później poprawki zostały wprowadzone w czyn. I wyszła bomba – gęsty, kolagenowy postrach kardiologów i zbawienie na syndrom dnia następnego. Jakie to było pyszne… To cudo dochodzi do idealnego stanu i konsystencji przez 22 godziny gotowania. Potem zalewa się wywarem makaron ramen, dodaje rozpływający się w ustach (i skrajnie uzależniający) boczek chashu, grzyby shiitake albo shimeji, imbir, dymkę, kawałek nori, narutomaki, odrobinę czarnego oleju mayu i oczywiście jajko ajitsuke. Połączenie idealne. Czegoś takiego w Krakowie jeszcze nie jadłam. A na tle tych tonkotsu, których próbowałam – czołówka. Tego po prostu trzeba spróbować. Przy mniejszej/standardowej pojemności żołądka polecam zabrać kogoś ze sobą na jego pałaszowanie.

W AkitaRamen Bar zjecie też coś, czego w zdecydowanej większości japońskich barów i restauracji nie uświadczycie. Schabowego. Fachowo nazywa się on tonkatsu (27 zł). Porządny (znaczy się grubość i wielkość samego kotleta są) kawał schabu z kością jest panierowany i polany sosem śliwkowym. Podawany z ryżem i kapustą (zamiast białej jedliśmy z kimchi). Soczyste mięso smakuje jak prawdziwie domowy schaboszczak. Wyglądem różni się od naszego tyle, że jest pokrojony na podłużne kawałki. Bardzo smaczne, bardzo sycące i bardzo satysfakcjonujące.

Jeszcze deser. Do wyboru są dwa: brownie z lodami i creme brulee z matchą (13 zł). Spróbowałam tego drugiego. I szczerze przyznam, że dawno nie jadłam tego klasycznego deseru o tak doskonałej konsystencji. Pod opalonym i skarmelizowanym cukrem kryje się maślany krem o delikatnym, ale bardzo wyrazistym smaku i aromacie zielonej herbaty. Najlepsze jak dla mnie było w tym deserze to, że jest tak delikatnie, nienachalnie słodki. Z czystym sercem mogę go polecić każdemu.

Zapomniałabym o piciu. Jak na kawosza przystało – mój wybór był oczywisty. Dostałam kawę po wietnamsku ze skondensowanym mlekiem na dnie. Jak już cały napar skapał z położonego na szklance specjalnego tygielka, wystarczy zmieszać ze sobą obie substancje i powstaje fantastyczny napój ze słodkim posmakiem w tle.

Co tu dużo mówić – AkitaRamen Bar to miejsce, które na pewno zgromadzi rzesze stałych bywalców. Ramen z kultowego food trucka jest w restauracyjnym wydaniu jeszcze lepszy, a menu uzupełniają równie smaczne przekąski i dania główne (do tonkatsu niedługo dołączy Akita Fat Fries – będzie na bogato). Tym, co oprócz smaku wyróżnia na rynku Akitę, jest przede wszystkim bardzo zgrana ekipa pozytywnych ludzi, którzy w to, co robią wkładają całe swoje serducha. To widać w dbałości o wszystkie detale i czuć w tym, co ląduje w naszych miskach. A samo dobro w nich ląduje.

PS. Lokal otwierają o 12.05. Działają od wtorku do czwartku do 20, w piątek i sobotę do 21, a w niedzielę do 19.

Ela Święcka

AkitaRamen Bar, Kraków, ulica Węgłowa 4

Fb: www.facebook.com/akitadobrenoodle




There are no comments

Add yours