close
Taj w Krakowie. Restauracyjne i uliczne smaki Tajlandii

Taj w Krakowie. Restauracyjne i uliczne smaki Tajlandii

0udostępnień

Żorż: I po co ja do tego Krakowa jechałem?! Teraz cierpię. Bo w Kielcach nie ma kuchni tajskiej, a ja ją uwielbiam. A w Krakowie mają lokal co Taj się zwie i mało tego, że się zwie to jeszcze serwuje pyszne tajskie dania.

Karta obszerna (całe menu w pełnej rozdzielczości wrzucam na końcu wpisu), ale mnie szczególnie ujęła jedna strona, gdzie napisano „Tajskie jedzenie uliczne”. Nie wierzę, tyle szczęścia na raz???

Jako czekadełko podano nam czipsy krewetkowe z sosem rybnym.

A do picia wzięliśmy lemoniady. Od razu Wam podpowiem, że chociaż wszystkie pyszne, to koniecznie zamówcie Tajską lemoniadę – połączenie 7 Up, świeżego chili, mięty i limonki jest genialne i doskonale pasuje do serwowanych w Taju dań.

Kiedy zobaczyłem w karcie Morning Glory, miałem łzy szczęścia w oczach. Szpinak wodny po tajsku pierwszy raz zjadłem kilka lat temu w food trucku My Little Thailand i z miejsca stałem się zaprzysięgłym fanem tej kupy zielska. Wygląda pospolicie, ale smakuje jak milion dolarów. Soczyste, pikantne, aromatyczne i po prostu fantastyczne w smaku.

Sundried Pork to kolejna godna uwagi pozycja. Suszona karkówka marynowana w sezamie i podana z doskonałym sosem do maczania. Spróbujcie koniecznie, bo warto!

Spring rolls w wersji smażonej dobre…

… ale Fresh Rolls z krewetką, ogórkiem, marchewką i sałatą podane z ostrym sosem chili były dużo lepsze.

Pad Kra Prao. Ta klasyka tajskiej ulicy od razu skradła moje serce. Niby nic skomplikowanego – drobno siekana wieprzowina, ryż i jajko, a jednak… Ile się tutaj dzieje! Wieprzowina jest soczysta i ostra, chili i tajska bazylia mocno są wyczuwalne, jajko i ryż łagodzą nieco pikantność mięsa, a całość smakuje idealnie. Ta pozycja to absolutny „must have”. Wielbię!

Sałatka z papają i krewetkami. Lekka i aromatyczna. Słodko-morska w smaku, rześka i chrupiąca:

I znowu będzie wyraziście i pikantnie, bo na stół wjeżdża Kurczak z woka z tajską bazylią i fasolką. Jest mocny smak, jest soczystość mięsa, jest aromat tajskiej bazylii i pikantność świeżego chili, jest wreszcie chrupkość fasolki. Doskonałe!

Żeby nie było tak różowo, to powiem, że wegańskie pho na sposób tajski jest bardzo słabe. Wywar płaski, czuć aromat anyżu, ale smakowo nie dzieje się tam nic. Do zapomnienia.

Spróbowałem jeszcze (ale za mało by się wiążąco wypowiadać): chicken satay, kurczak z warzywami z woka, pad thai neua, pad thai kai.

Podsumowując: jest bardzo dobrze. Dania zamówione przeze mnie w 100% spełniły moje oczekiwania, niektóre z zamówionych przez współbiesiadników również. Trzymam kciuki za dalszy rozwój i na litość boską, zaklinam Was, kucharze i właściciele Taj – nie ulegajcie sugestiom i nie dajcie się sprowadzić do poziomu lokali serwujących kule z żelem, bo „polski klient tego chce”! Uwierzcie mi, że naprawdę masa ludzi w Polsce chce jeść taką prawdziwą i autentyczną, pachnącą, pikantną i świeżą kuchnię, jaką serwujecie. A jeśli ktoś szuka „pol-taja”, to niech idzie w diabły :D

Tajska ruletka – od zachwytu po przeciętność

Najpierw było szeptane. Szeptane w całym mieście. Ale że co? Że jak? Że nowe. Że tajskie. Że prawdziwe. Że cały pułk wojska w tym lokalu może się zmieścić. I że internetów nie mają. Fejsa znaczy. No to przecież jak w tych czasach nie mają, to znaczy, że nie istnieją. A jednak. Taj w Krakowie pojawił się wbrew praktykowanym ostatnio zasadom – nie został przed otwarciem okrzyknięty lokalem kultowym, z najrówniejszą i najbardziej powtarzalną kuchnią ever. Restauracja po prostu zaczęła działać i… poszło. A jak wyszło smakowo?

Menu jest obszerne. Osobno mamy sekcję z siedmioma tajskimi daniami streetfoodowymi, jest dwanaście pozycji wege (od przystawek po deser) i w sumie niemal trzydzieści dla mięsożerców. Przejrzyście podzielone na sekcje, każdy znajdzie coś dla siebie. Nowa karta weszła niedawno. Zmiana nastąpiła dość szybko od otwarcia lokalu. Zapewne podyktowana testowaniem preferencji krakowskich podniebień.

Pierwsza moja styczność z Tajem (pierwsza karta) była taka, że wolę zapomnieć. Pieczarki w wołowinie, warzywa zalane sosem tak słodkim, że nic oprócz niego nie było czuć, spring rollsy przesmażone poza granice możliwości… Czytałam w internetach te ochy i achy i nie mogłam uwierzyć, że to o tych samych daniach. Spuśćmy na to zasłonę milczenia. Druga szansa była wcześniej, niż planowałam. W osłupienie wprawiły mnie zachwyty Lady Kitchen po wizycie w restauracji (prawie się nawet pokłóciłyśmy). Dobra. Menu już nowe. Poszliśmy.

Zacznę od tego, co pozytywnie mnie zaskoczyło, a co podebrałam Michałowi. Dwa dania z menu streetfoodowego. Morning Glory, czyli szpinak wodny z woka w sosie sojowym z chili i czosnkiem. Jędrny, wyrazisty (dla większości osób, które na co dzień nie jedzą mocniej przyprawionych dań, będzie ostry), a do tego lekki. Może na talerzu jest odrobinę za dużo sosu, ale nie czepiam się. Smak jest w tym przypadku ważniejszy. To było naprawdę niesamowicie fajne doświadczenie kulinarne. Zdecydowanie warte powtórzenia.

Pad Kra Prao – to drobno siekana wieprzowina z chili i bazylią, podawana z jajkiem i ryżem jaśminowym. Przy moim poziomie ostrości, to jest pikantne, ale jeśli nie jadasz ostrego – nie zamawiaj, bo nie zjesz. Ale smakowo – bajka. Soczyste kawałeczki mięsa w połączeniu z jajkiem smakują fantastycznie. Co prawda jajko sadzone było za mocno ścięte, ale i tak jako całość było naprawdę smaczne.

Warto też spróbować przekąski z suszonej karkówki marynowanej w sezamie. Połączenie delikatnego, łatwego do pogryzienia mięsa i sezamu daje świetny efekt. Do tego pikantny sos i mamy naprawdę dobrą „przegryzkę”.

Dla siebie wzięłam zupę pho na sposób tajski (17 zł za 300 ml). Z menu wegańskiego. Sam dopisek „na sposób tajski” powinien od razu wywołać odruch obronny. Ale nie, przecież ja zawsze coś takiego wybiorę. Lubię jedzenie wegetariańskie i wegańskie, bo mnóstwo razy jadłam dania obłędnie smaczne. Potrawa bez mięsa, nabiału, ryb i wszystkich pochodnych też może być pełne smaku, aromatu, wręcz umamiczna. Da się zrobić wegański wywar tak głęboki w smaku, że nie można się od niego oderwać. To pho takie nie jest. Jest płytkie, płaskie, bez żadnego wyrazu. Coś tam gdzieś w tle próbuje się przebić przez mętny bulion, ale to zupełnie nie jest to. Nawet kolendra przy całej swej intensywności nie pomogła. Całość była po prostu ciepłą zupą a’la coś bliżej nieokreślonego. Pho nie jest tajskie. Może więc zamiast niego dodać do menu inną zupę tajską.

Drugie danie, jakie wybrałam, to Pad Thai Neua (31 zł za 220 g) z cienkimi nitkami makaronu ryżowego, wołowiną, tofu, kiełkami, marchewką i jajkiem. I znów mieszane uczucia. O niebo lepsze niż pho, ale w konfrontacji z Pad Thai Kai (szeroki makaron z kurczakiem) daleko w tyle. Z założenia pad thai z wołowiną ma być łagodny w smaku. Ale łagodny wcale nie oznacza bezpłciowy. Zabrakło czegoś, co te wszystkie składniki złączyłoby w zgrabną całość. Jedząc pad thai z kurczakiem czujesz wyraźne smaki podkręcone nieco ostrością. W wersji z wołowiną masz wrażenie, że czegoś tu brakuje. Mięso jest smaczne, ale „nie urywa”, tofu – jak to tofu – przyjmie wszystko, jajko i makaron też są bez wyrazu. Marchewka jest w tym wszystkim chyba bardziej dla ozdoby. Po prostu brak tu wyraźnego akcentu. Liczę na to, że będzie lepiej.

Warto spośród napojów spróbować lemoniad. Ja wzięłam mieszankę krwista pomarańcza jagoda (12 zł za 400 ml). Bardzo przyjemne, z wyraźnie wyczuwalną w drugim planie jagodą. Jak dla kogoś, kto cukru w napojach na co dzień nie przyjmuje – słodkość była w sam raz. Wysiorbałam też po łyku lemoniad zamówionych przez pozostałych współbiesiadników. Świetna była też taska lemoniada mleczna z sokiem z limonki, liśćmi kaffiru, miętą, wodą i mlekiem skondensowanym (17 zł za 400 ml). I trawa cytrynowa z bazylia i mango w wersji pikantnej – słodsza, ale ciekawa w smaku (12 zł za 400 ml).

Spróbowałam jeszcze kilku innych dań, jak choćby idealnych na lekki lunch fresh rollsów ze świeżymi warzywami i krewetkami (co prawda zawiesiłam się na dłuższą chwilę na stwierdzeniu naleśniki wiosenne, ale to tylko dlatego, ze nigdy się z nim w żadnej karcie nie spotkałam), kurczak z warzywami i ananasem, czy niesamowicie smacznej sałatki z krewetkami. Są naprawdę warte polecenia.

Ja trafiłam na dwa dania przeciętne, dlatego trudno mi się do całości jednoznacznie ustosunkować (i pomijam tu dania z poprzedniej karty). Jest dobrze, a mam nadzieję, że będzie lepiej, a przede wszystkim równiej. Na pewno jeszcze tu wrócę sprawdzić kilka innych dań i lunche.

Ela Święcka

Taj Kraków – https://www.facebook.com/taj.krakow/

Miodowa 19, Kraków

Obiecane menu. PDF do pobrania

albo foty:

KREM de la creme.

Prawdziwa street foodowa pizza i pyszne uliczne pastrami

Dodaj komentarz