http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2017/09/DSC_0289-1050x700.jpg

Street Food Weekend w Kaliningradzie z zaskakującym(?!) zwycięzcą

Przetrawiłam już chyba wszystko, co zjadłam podczas Street Food Weekend w Kaliningradzie. A było tego sporo, choć w sobotę rano lało nieludzko. No dobra, musiałam też przetrawić niebotyczną ilość maili jaka na mnie czekała po powrocie do pracy i bieżące obowiązki. Ale już ogarnęłam rzeczywistość i w tej części relacji napiszę i pokażę Wam, czego spróbowałam w minioną sobotę i niedzielę. Podczas festiwalu wybierano też najlepsze danie. Dlaczego w tytule dodałam znak zapytania i wykrzyknik? Przekonacie się podczas dalszej lektury.

Różnorodność festiwalowych dań była ogromna. Co ciekawe, organizatorzy poprosili też o wystawienie się na wyspie nazwanej na cześć Immanuela Kanta między innymi producentów wędlin czy sera. Ale oprócz sprzedaży samych swoich produktów musieli oni przygotować też coś streetfoodowego z ich wykorzystaniem. Fajny pomysł i jeszcze lepsza realizacja. Kolejka na przykład do samochodu Mushkino khutor (producent wędlin, o którym pisałam w pierwszym poście) była naprawdę długa. A oferowane przez nich kanapki – wyglądały bardzo smacznie. Nie skusiłam się, bo ich wyrobów próbowałam przed festiwalem.

Zjadłam za to inną kanapkę, przygotowaną przez ekipę z Meat Bar König (i przy okazji taka malutka dygresja historyczna – zanim Kaliningrad otrzymał w 1946 roku swoją obecną nazwę, gdy miasto było stolicą Prus Wschodnich nazywało się Königsberg, a po polsku – Królewiec; dygresja współczesna – pojawiają się głosy mieszkańców, by zwrócić się w kierunku szerszego używania tej historycznej nazwy). Wracamy do kanapki. Najpierw całe kawałki wołowiny opieka się na grillu, później odcina niewielkie, nawet nie plastry, raczej nieregularne „kostki”, wkłada do dużej bułki z kawałkami sałaty, plastrami pomidora, marynowanego ogórka i jabłka. Wszystko jeszcze „ugniecione” na kształt panini i jemy. Kapitalne mięso, smaczna, niechemiczna buła (w ogóle ogromny plus tam się wszystkim należy za normalne, pyszne pieczywo) i ten mały smaczek, nie bójmy się tego angielskiego słowa – twist, czyli kwaśne jabłko. Fajne to było połączenie. I kolejny raz okazuje się, jak niewiele potrzeba, żeby naprawdę fajnie urozmaicić kanapkę.

Kolejne danie, to pilaw. Przygotowywany był, jeśli mnie pamięć nie myli, przez chyba trzy ekipy. Wybraliśmy jednak ten, który zachwalała energiczna Katya. I tu też będzie ciekawostka – już nie historyczna, ale chyba warto to wiedzieć. Od 2016 roku pilaw z Uzbekistanu, jako że jest ważnym elementem kultury tego kraju, został wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. To samo stało się z odmianą pilawu z Tadżykistanu. Tak, wiem, o jedzeniu miało być, a nie jakieś tam zapychacze. Przez trzy festiwalowe dni mogliśmy dokładnie przyjrzeć się, jak pilaw ów powstaje. Najpierw w specjalnych kotłach/piecogarnkach (nie wiem nawet jak tę konstrukcję z kominem dokładnie nazwać – patrz zdjęcia) gotowany był mięsny wywar z warzywami i jabłkami. Później trafiał do wywaru namoczony wcześniej ryż. Żeby to wszystko dokładnie wymieszać trzeba mieć sporo siły. Mogłam spróbować dodawanych do potrawy rodzynek. Chcę takie u nas!!! Te miały wspaniały smak wysuszonych słońcem winogron, a nie tony cukru. Gotowy pilaw z kawałkami mięsa wylądował na talerzu w towarzystwie obowiązkowego, rozpływającego się ząbka czosnku. Pomidory to tylko dodatek. Sam pilaw – pierwsza klasa. Nie mogłam się od niego oderwać. O tym, jak dobry był chyba najlepiej może świadczyć opinia Johna Bella, brytyjskiego dziennikarza pracującego dla BBC i UNICEFu. Zjeździł 105 krajów, tuż przed przyjazdem do Kaliningradu pracował właśnie w Uzbekistanie i przyznał, że nawet tam tak smacznego pilawu nie jadł. Po prostu klasa.

Litwini z Wilna przywieźli swoje specjały, które w większości niewiele różniły się od tego, co znajdziemy na przykład na krakowskim Rynku Głównym czy Małym Rynku przy okazji wszelkich imprez z folklorem w tle. Wróć. Właściwie to do wszystkich organizowanych tam imprez i okołoświątecznych jarmarków. Oprócz wspomnianych w pierwszej części relacji placków ziemniaczanych i ziemniaczanej kiszki, były kiełbasy z cebulą, boczki i golonki. Ale było też coś jeszcze, od czego trudno było się oderwać. Jagnięcina pieczona nad ogniskiem. Nie dość, że samo rozciągnięte na specjalnym stelażu jagnię przyciągało wzrok każdego, to jeszcze gotowe mięso było  kapitalne w smaku. Wiem, że nie każdy akurat za tym specyficznym smakiem przepada, ale warto spróbować. Choćby dlatego, że w towarzystwie lekko karmelizowanych buraków tworzyło naprawdę pyszne połączenie.

W międzyczasie przekąsiliśmy jeszcze coś słodkiego, pięć kaw z przyprawami robionych w gorącym piasku i kolejnego wschodniego pieroga z mięsnym farszem. Podejść do niego miałam co najmniej pięć, bo albo jakaś techniczna złośliwość nie pozwalała akurat odgrzać tego kawałek, albo były z serem lub kurczakiem. Cierpliwość w oczekiwaniu na trójkącik ciasta wypełnionego farszem z regularnego, czerwonego mięsa ze świnki z odrobiną cebuli została wynagrodzona. Dostałam smaczną przekąskę, która idealnie sprawdziła się przy panującej w sobotę pogodzie.

Na koniec jeszcze spróbowałam baozi. Były na dwóch straganach. Prezentowały się tak samo, więc zaryzykowałam stoisko, do którego była mniejsza kolejka. Był z mięsem i były ciepłe. Do tego rozpaćkanej, naparowanej buły było naprawdę dużo. Jadałam lepsze.

Pisałam na samym wstępie, że podczas festiwalu wybierane było najlepsze danie. Wybór komisja miała niełatwy, choćby z powodu tej ogromnej różnorodności oferty. Kto wygrał? Bikow Bar (Быков Бар) i ich specjał z Murmańska (to tam w diabły wysoko na północy, niedaleko granicy z Finlandią, gdzie wyżej jest już tylko woda, a dalej mnóstwo lodu pod nazwą Arktyka). Czym zachwycili? Rybą. Dorszem dokładnie. Mocno schłodzone kawałki podawane z przyprawami, skropione sosem i oprószone szczypiorem. Dla kontrastu (a może bardziej niepsucia doskonałego smaku ryby) podawane są z talarkami ziemniaków. O ja cię… Kocham takie klimaty i smaki. Mogłabym to jeść na śniadanie, obiad i kolację. Oprócz ryby w menu mieli jeszcze pastrami. Plastry mięsa marynowane w borówkach i podawane w ugrillowanym kawałku pieczywa. O ja cię po raz drugi… Czemu w tytule napisałam, że zwycięzca jest zaskakujący i jeszcze okrasiłam ten wyraz pytajnikiem i wykrzyknikiem? Czy w Polsce tak przyrządzona ryba wygrałaby  na tle całej plejady innych dań na ciepło? Wątpię, bo u nas gusta smakowe są nieco inne. Dorsz wygrał w Kaliningradzie, gdzie mnóstwo odwiedzających festiwal ustawiło się w długich ogonkach po burgery, kanapki i tortille wszelkie maści. Czy zasługują na wygraną? Moim zdaniem – jak najbardziej, za smak i oryginalność.

Wyprawa do Kaliningradu okazała się dla mnie ogromnym, niesamowicie pozytywnym kulinarnym i kulturowym zaskoczeniem. Jeśli więc macie okazję (i trochę cierpliwości przy załatwianiu wizy) jedźcie tam koniecznie. Ja byłam zachwycona tym, czego miałam okazję spróbować, życzliwością ludzi i troskliwością organizatorów wydarzenia, którzy zadbali, byśmy podczas tej krótkiej wizyty dowiedzieli się jak najwięcej o mieście oraz regionie i jego smakach. Na naprawdę kapitalną wycieczkę zabrał nas Pavel. Ale o tym, gdzie warto iść na piwo i co pysznego kupicie na targu, napiszę w następnym poście.

Ela Święcka

 




There are no comments

Add yours