http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2017/09/DSC_0725.jpg

Smaki Kaliningradu, czyli poszukiwania streetfoodowej drogi

Street Food Polska jest gościem wyjątkowego wydarzenia – pierwszego zorganizowanego w Rosji międzynarodowego forum dotyczącego street foodu oraz dorocznego festiwalu Street Food Weekend. Czym chce zaskoczyć nas ta wyjątkowa część Rosji? Street foodem opartym na lokalnych produktach. Ale po kolei.

Nie będę was zanudzała technicznymi szczegółami omawianymi podczas konferencji. Wiedzą na temat street foodu w najróżniejszych odsłonach podzielili się między innymi Mark Murphy – szef kuchni z irlandzkiego miasta Dingle, pochodząca z Tajlandii i wykładająca na uczelni w Hongkongu Wantanee Suntikul, Maria Isabel Ramos Abascal, która opowiedziała o historii street foodu w Meksyku czy Jose Borralho – szef portugalskiego Związku Turystyki Kulinarnej. Swój punkt widzenia przedstawił też między innymi Andrey Ermak, minister kultury i turystyki Obwodu Kalingradzkiego. Rozmawialiśmy więc o najróżniejszych aspektach dotyczących street foodu i tego, jak zmienia się na świecie. A zmienia się bardzo dynamicznie i dla Kaliningradu, który dopiero szuka swojej kulinarnej ścieżki, konferencja ta była niezwykle ważna i owocna. Zanim jednak przejdziemy do samej kuchni, trzeba wiedzieć, jak specyficzny jest to region.

Kaliningrad jest malutką Rosją w miejscu, które Rosją nigdy nie było. Wciśnięty pomiędzy Polskę i Litwę, jest wyjątkową mieszanką. To zaledwie 71 lat rosyjskiej historii wplecionej w wieki historii Niemiec oraz naszej. To przecież dawne ziemie pruskie, których część, z Gdańskiem na czele, po II wojnie światowej przypadła Polsce, a ten niewielki, północny kawałek stał się rosyjskim okienkiem na Europę. Albo oknem Europy na Rosję, czym tutejsi mieszkańcy chcieliby, żeby był. Gdy już wysiedlono stąd Niemców, skrawek ten trzeba było zagospodarować. Mógł się tu sprowadzić każdy z mieszkańców byłego Związku Radzieckiego. Dzięki temu liczący mniej więcej milion obywateli Obwód Kaliningradzki tworzą dziś potomkowie 130 nacji. Taka mieszanka niesie w sobie ogromny potencjał. W jednym miejscu możemy skosztować kuchni uzbeckiej, kirgiskiej czy ludów od wieków zamieszkujących Syberię. A nie można też zapomnieć o niemieckich wpływach. Na tych terenach wymyślono choćby marcepan, czy ser tylżycki. Cała ta bogata historia, położenie geograficzne i różnorodność sprawiają, że Obwód Kaliningradzki jest niepowtarzalną mieszanką o ogromnym potencjale kulinarnym. Na razie jednak – dopiero na początku swojej drogi.

Dlaczego street food? Dobre pytanie. Okazuje się, że w Rosji niewiele jest informacji na temat street foodu, a o food truckach – jeszcze mniej. Dlatego Kaliningrad, szukając swojej kulinarnej tożsamości, przypatruje się temu, co od lat, a nierzadko od wieków robi Europa. Bordeaux? Przecież od razu każdy wie, skąd to wino pochodzi. Gruyere? To więcej niż oczywiste, że ze szwajcarskiego miasteczka o tej samej nazwie. Mozzarella? Kampania (oczywiście ta najlepsza, prawdziwie włoska). Kaliningrad też chce mieć produkt, który jednoznacznie będzie kojarzył się z tym miejscem. Dlatego szuka i stawia przede wszystkim na lokalnych producentów. A z tego, co wyrabiają, powinien postać najwyższej jakości streetfoodowy posiłek.

Tyle teorii. Przechodzimy do konkretów. Drugi dzień części konferencyjnej to wyjazd do dwóch miejsc. Pierwszym z nich jest Sowieck, czyli dawna Tylża. Niewielkie miasto położone przy granicy z Litwą słynęło z produkcji sera tylżyckiego. Tradycję tę podtrzymuje lokalna wytwórnia, przy której działa też restauracja z miejscem do degustacji dla turystów oraz sklep. Oprócz wspomnianego już sera tylżyckiego (również w wersji pikantnej), powstaje tu między innymi ementaler, ser alpejski, gouda (świetna w wersji z kminkiem) i naprawdę smaczny, choć dość delikatny, dojrzewający 8 miesięcy ser „kacotta”. Kupimy tu też miód. Po degustacji przyszła pora na obiad. Tradycyjny dla tego regionu: zupa z kapusty z ziemniakami, pielmieni, a na deser naleśnik z twarożkiem i kawałek sera panierowany jak Camembert. Dwa ostatnie delikatnie polane miodem.

Kolejny punkt wyprawy – to położony niedaleko Kaliningraru Mushkino khutor (w miejscowości o tej samej nazwie). Na powierzchni 11 hektarów znajduje się restauracja, kwatery, kompleks basenów, tereny rekreacyjne, mini zoo i, co najważniejsze z gastronomicznego punktu widzenia, farma jeleni. Powstają tu bowiem wyśmienite wędliny z dziczyzny – jelenia, dzika i zająca – oraz wołowiny i wieprzowiny. Produkty rozprowadza na rynku Rosyjskim. Co ciekawe, kraj ten dopiero odkrywa zalety dziczyzny. Spróbowaliśmy kilkunastu wędlin i pasztetów. Klasa. Szczególnie te podsuszane w stylu kabanosów oraz pikantne. Na naszym rynku na pewno znaleźliby swoje miejsce.

Wieczór upłynął gościom forum na kolacji inspirowanej kuchniami świata. Nie było to jedzenie streetfoodowe, bo przygotowali je trzej szefowie kuchni. Anton Salnikow z Moskwy zaserwował nam sałatkę z przepiórczymi jajkami w koszulkach i kurczaka tandoori na puree z selera. Aantonis Panousiades, jak na Greka przystało – swoje domowe specjalności w nieco podkręconym wydaniu, czyli sałatkę fantazja z musem z fety i orzechami oraz tihanię – smażone kawałki wieprzowiny z karmelizowaną cebulą i pieprzem podane z mini frytkami i pomidorami. Ale jak dla mnie hitem wieczoru był deser Irlandczyka Marka Murphy’ego. Jego pudding z wiązówki błotnej i glonów morskich z dodatkiem musu z owoców leśnych, oprószony cukrem pudrem. Poezja. Tak fantastycznego połączenia smaków dawno nie spotkałam.

O samej kolacji degustacyjnej przygotowanej na bazie lokalnych produktów przeczytacie w osobnym poście. Bo to, co podała nam ekipa restauracji Tyrol było po prostu obłędne.

Z Kaliningradu, Ela Święcka

 




There are no comments

Add yours