close
Prawie udany zamach na moje życie i nocne koszmary

Prawie udany zamach na moje życie i nocne koszmary

0udostępnień
8 sierpnia 2011249Przeglądy2Comments
Znowu tortilla. Nie wiem co ja z tym mam, ale jakoś tak mi pasuje, że ciężko zdecydować się na coś innego. Byłam kilka dni temu u znajomych, a że obiad zjedzony dość wczesnym popołudniem, wieczorem kilka drinków, to i głód się aktywował.
W dodatku ciężko przestawić się na nowe bilety i odruchowo wsiadłam w dwójkę na Czarnowie, a dopiero przy wysiadaniu na Żytniej w celu przesiadki uświadomiłam sobie, że bilet jednorazowy skasowany w jednym autobusie to nie bilet godzinny, jak dawniej. Kurde, nie uśmiecha mi się płacić drugie 2,4 zł za przejechanie dwóch przystanków. Zatem spacer, może po drodze uda się coś zjeść.
Z zaznaczeniem, że po ostatniej przygodzie z tortillą budkę na Żytniej omijam, idę dalej. Rozmawiam przez telefon i mijam dwie budki przy Paderewskiego (jedną, z której hamburgera opisałam ostatnio, a druga to słynny Troy), gdzie kolejki są dosyć spore (o ile pamiętam, to był jakiś weekendowy dzień). Zatem został mi w najbliższej okolicy jedynie Smaczek, na rogu Plant i ul. Piotrkowskiej. Podchdzę do okienka, ludzi zero, zamawiam tortillę, płacę 10 zł i czekam. Ciągle nawijając przez telefon widzę jak przygotowywane jest moje jedzenie i znów robi mi się słabo. Rozmowę kończę, bo chwilę grozy wolę przeżywać samotnie. Dostaję rulon i znów najlepszy jest naleśnik. Choć i tu miałam zastrzeżenie: był zimny. Mięso tłuste, pełno skór, zimne, mdłe, ogólnie nędza i rozpacz. Już wiem, że wyrzuciłam 10 zł. Oprócz mięsa był tam jeszcze pomidor w znikomych ilościach, gdzieniegdzie jakieś ziarno kukurydzy, śladowe ilości ogórka i sos czosnkowy. W połowie jedzenia doszłam do wniosku, że jednak chcę żyć i wyrzuciłam niedojedzoną tortillę do kosza. Może bezpańskim kotom nie zaszkodzi na żołądek. Pomyślałam, że matki niegrzecznych dzieci zamiast babą jagą, mogłyby straszyć swoje pociechy tortillą ze Smaczka.W skali od jednego do dziesięciu, Smaczkowa tortilla dostaje minus sto, już chyba ta z Żytniej była lepsza, ale wstrzymuję się z osądem, bo nie wiadomo co mnie jeszcze spotka. W najbliższym czasie po raz kolejny idę do Troya, aby poprawić sobie smak, no i może w końcu uda mi się napisać recenzję z owego przybytku.
Zgadzasz się z nami? Nie zgadzasz? Masz własną opinię? Skomentuj ten post!
Opinie wulgarne, wyglądające, jak nachalna reklama, reklamy itp. będą usuwane.

Egzotyczny powiew w środku miasta

Turek potrafi, czyli jak nas w Saray Kebab gościli

2 komentarze

Dodaj komentarz