close
Podsumowanie roku 2017

Podsumowanie roku 2017

0udostępnień

Żorż: Na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy, jak mówi jeden z bohaterów „Rejsu”. Ponieważ swoje podsumowanie podesłali jeszcze Michał, Ela i ElPolakoKrk, postaram się pisać krótko.

Rok 2017 był dla nas bardzo udany. Zlotów nie zrobiliśmy może bardzo dużo, ale udało nam się zebrać na każdy z nich górnopółkową ekipę. Pokazaliśmy, że można robić zloty, gdzie nie stawia się 6 burgerów na 15 samochodów, tylko jest różnorodnie i dla każdego coś dobrego. Z tego cieszę się bardzo. W tym roku na pewno to powtórzymy, jest też szansa, że na mapie naszych wyjazdów pojawią się nowe miasta.  Nawiązaliśmy współpracę z fantastyczną ekipą Żarciowozów i w tym roku mam nadzieję tę współpracę kontynuować.

Jeśli chodzi o inne plany związane ze Street Food Polska, to jednym z nich jest gazeta. Epicure Magazine był ciekawym doświadczeniem, ale uznaliśmy po wydaniu 4 numerów, że tematyka jest zbyt rozstrzelona i w tym roku skupimy się głównie na jedzeniu. Tytuł wydawnictwa także będzie inny. Oprócz magazynu o jedzeniu mamy w planach wydać również pozycje książkowe. Pracujemy nad tym intensywnie. Szczegóły poznacie, kiedy będziemy gotowi, ale na pewno jeszcze w tym roku ;)

Jeśli chodzi o street food, to poniżej Ela pisze o Akicie. I zgadzam się z każdym jej słowem. To do nich należał 2017 rok. Widać także, że otwieranie lokali przez food truckowców nabiera tempa. Swoje punkty stacjonarne otworzyli Burger Slow Food/Szarpnij Wieprza, Traditional Hungarian, Wing Spot (jako Kura), Tio Malo i Burger Station. Zdecydowanie 2017 był dobrym rokiem dla food trucków i dobrym dla tych, którzy w food truckach jedzą. Pojawiło się kilka nowych marek, które od razu wystartowały na bardzo wysokim poziomie i w tym roku mam nadzieję spotkać się z nimi na zlotach. Krótko mówiąc: pogłoski o śmierci food trucków okazały się grubo przesadzone :)

Na koniec chciałbym bardzo serdecznie podziękować wszystkim, którzy nam zaufali i z którymi w zeszłym roku współpracowaliśmy. Dziękuję także food truckom za wspaniały sezon, pyszne jedzenie i zaangażowanie. Bez Was by się to nie udało. Dziękuję Wam, drodzy Czytelnicy, że jesteście z nami – to zaszczyt pisać dla Was. Na koniec ucałowania dla całej ekipy SFP. Dziękuję, że Wam się chce :)

Ela Święcka: Streetfoodowo było dobrze, ale jednak Kraków jakiś taki byle jaki…

Podsumowanie roku. Bez względu na dziedzinę, zawsze przy pisaniu tego typu tekstów, czy to na bloga, czy do gazet, w których pracowałam albo obecnie pracuję, zabieram się na raty. Pisze 3-4 teksty, po czym wszystkie je wyrzucam i ostatecznie piszę coś jeszcze innego. Tak samo było i z tym końcoworocznym „rachunkiem sumienia”. Bo im głębiej się zastanawiałam nad tym, jak przede wszystkim w Krakowie ten 2017 wypadł pod względem kulinarnym, tym mocniej zdałam sobie sprawę ze skali bylejakości. Ale zacznę od pozytywów.

Ostatni rok w kategorii food trucków bezapelacyjnie należał do AkityRamen. Ekipa postrzeleńców wszystko przemyślała od A do Z i w tym co robi osiąga niemal perfekcję. Zaraz zapewne padną hasła, że nie zawsze wszystkim smakowało/powalało/było wow. Ale nie tylko o to chodzi. Akita marketingowo i pr-owo rozbiła bank. Pokazali, jak działać w tym specyficznym gastrobiznesie, jak budować grono oddanych klientów, by każdy czekał na ich przyjazd (patrz przesławne kolejki podczas krakowskich edycji festiwali spod znaku Street Food Polska). Tu pewnie zaraz padnie argument, że sprzedają produkt, który jest na topie. A i owszem. Wykorzystali swoją szansę na maksa przewidując jak może zareagować rynek, a z drugiej strony przekonując ludzi, że mają dla nich to, co chcą jeść – bardzo smaczny ramen w streetfoodowym wydaniu za przystępną cenę. I zrobili coś jeszcze. Można się z tym zgadzać lub nie, ale przez swoje marketingowe działania mocno lansują modę na szeroko pojętą kuchnię azjatycką, przez co zyskują inne trucki i lokale specjalizujące się w tej kuchni.

Drugi pozytyw minionego roku – to coraz większe zapotrzebowanie na kuchnię azjatycką na wysokim poziomie. Pho w wykonaniu Momo Smak – bajka. Cudownie aromatyczne, idealnie wyważone, po prostu pyszne. W żadnej restauracji jeszcze nie jadłam tak dobrego. Zjemy curry, pad thai i najróżniejsze wariacje na temat innych azjatyckich dań. Ale jeszcze fajniejsze w tej różnorodności jest to, że ludzie próbują dań z różnych miejsc, wreszcie mogą porównać, co im bardziej smakuje i stawiają na to, co jest lepsze. Zdrowa konkurencja weryfikuje rynek. Albo karmisz dobrze, albo wcale. Dlatego wśród trucków spod znaku Azji poziom jest coraz wyższy.

Rok 2017 kulinarnie w Krakowie. Pojawiło się kilka fajnych miejsc. Jednym z tych, które mocniej zapadły mi w pamięć jest Zielonym do Góry przy ulicy Lwowskiej. Kuchnia polska w nowoczesnym, ale nie przerysowanym wydaniu. To, co jemy jest po prostu nieco unowocześnioną wersją, a nie karykaturą znanych nam dań. Lubię takie podejście. Tu smak jest na pierwszym miejscu, a forma podania mu sekunduje.

Od niedawna działa też przy Zakopiance Tutti Santi. W Polsce jest kilka lokali pod tym szyldem. Jako miłośnik pizzy takiej, jaką jadłam w Neapolu, z czystym sercem polecam tę markę. Idealnie cieniutkie ciasto i świeżutkie składniki.

Z nowych krakowskich trucków na pewno warte uwagi są The Dog i ich hot dogi w bułce, która jest tylko niezauważalnym tłem dla zawartości i Pogromcy Głodu – jak spróbujecie ich kanapki Cubano, będziecie wiedzieli o co chodzi. Oprócz kilku pozycji menu się tu zmienia, więc zawsze można trafić na coś ciekawego.

Kolejny plus to reaktywacja placu przy ulicy Dajwór 21. Powolutku, drobnymi krokami, bo też wystartowali w trudnym, jesienno-zimowym okresie, rozkręcają to miejsce. Ciekawy przekrój smaków (Grecja, Meksyk, Bałkany, Włochy i kanapki), namioty z ogrzewaczami i Truckarnia – na nowo urządzony lokal, w którym spokojnie można zjeść zamówione jedzenie.

Pojawiły się też w Krakowie lokale z kuchnią azjatycką. Recenzje napiszę, ale muszę pójść do nich po raz trzeci, bo jak na razie trafiłam tam na coś, co nijak się ma do tego, czym być powinno. To samo tyczy się też kilku miejsc z innymi kuchniami. I tu przechodzimy do tego, co mocno uwiera mnie w gastronomii, a w tej krakowskiej jest szczególnie widoczne – bylejakość.

Jadam poza domem zylion razy częściej niż statystyczny Kowalski (praca/tryb życia/facet – kreatywny sushi chef, który wiecznie się uczty i poznaje smaki ze wszystkich zakątków świata). Obiad czy kolacja w restauracji to dla mnie element codzienności. I wiecie do jakiego wniosku doszłam pisząc to podsumowanie? Że jedząc tyle w mieście, niewiele miejsc wryło mi się w pamięć. Jest byle jak. Po prostu ciepłe, choć i to nie jest reguła. Było mnóstwo miejsc, z których zaraz po wyjściu nie byłam w stanie nic powiedzieć o tym, co zjadłam. Zero. Null. Kurde, mieszkam w Krakowie. Knajpa na knajpie. Turyści przez cały rok, lekko nierównym strumieniem, bo przepełniający to korytko głównie w miesiącach wiosenno-letnich, przelewają się pod Wawelem. Wchodzę do lokalu, jem i… nic. Nie, że było dobre, albo niedobre. Najczęściej było tak nijakie, że po prostu wyparowuje z pamięci. Jakby chociaż było dramatycznie złe, to przynajmniej jakieś emocje by ten posiłek wywołał. A tu nicość. Oczywiście – są wyjątki na każdej półce cenowej, miejsca, gdzie zjemy smacznie za niewielką kwotę i za „grube hajsy”. Ale naprawdę przytłaczające jest to, że nadal wielu właścicieli lokali nastawionych jest na karmienie turystów, którzy przyjdą raz i jeśli nie dostaną niczego dramatycznego, to nie napiszą słabej recenzji na TripAdvisorze, kasa się będzie zgadzać, a poziom będzie, jaki będzie. Słabe to po prostu. A jeszcze słabsze się robi, jak siedzisz w knajpie (ja z tych, co najlepiej się czują przy barze gadając z każdym) i przy piwku z kelnerem jednego z górnopółkowych lokali dowiadujesz się, co i w jakich okolicznościach przechodzi przez mikrofalę. … i kamieni kupa. To nie jest fair.

I dlatego też coraz bardziej cenię sobie jedzenie, które robią ludzie mający do tego serducho. W trucku czy kameralnym lokaliku zasuwasz na maksa, bo przychodzi tu inny klient. Taki, który wie, że smacznie zje, bo dostanie coś przygotowanego przez kogoś, kto ma na tym punkcie zdrową zajawkę. Trochę mnie ten 2017 rok w Krakowie rozczarował, bo w sumie był pierwszym, który tak od początku do końca tu przemieszkałam. A że oprócz streetfoodu, który jest tu na naprawdę fajnym poziomie, mam też ogląd na tę wyższą i jeszcze wyższą półkę cenową. I te właśnie (poza, podkreślę to kolejny raz, chlubnymi wyjątkami) zostają w tyle.

ElPolakoKrk: 2017. W sumie to już 2018. Tekst piszę na szybkości, bo oczywiście tylko ja muszę się ze wszystkim spóźniać (pewnie dlatego nie dostałem służbowego ajfona od Żorża :D). Wszyscy skrobnęli jakieś podsumowanie, to i ja skrobnę. A co. Jak od strony kulinarnej wyglądał dla mnie rok 2017? Było dobrze. Rzekłbym nawet że bardzo. Portal opublikował aż 9 tekstów :D (Jeśli się mylę Żorż to mnie popraw), Zbyt pracowity jako pisarz chyba nie jestem. Za to pracowity był 2017. Między innymi z BB Kings-ami (pozdrawiam całą załogę!), z którymi oprócz pierwszego w tym roku zlotu w Krakowie, udało mi się też zaliczyć Kielce i Wrocław. Wrocław będę wspominał najmilej gdyż wtedy razem z ekipą zgarnęliśmy pierwszą nagrodę za najlepsze danie z foodtrucka.  Jeden z artykułów opowiada jak wygląda praca na zlocie, i to nie w charakterze DJ’a.

Do tego na każdym zlocie w Krakowie odpowiadałem za stronę muzyczną, co doceniali nie tylko food truckowcy, ale i goście pląsający do utworów w oczekiwaniu na swoje zamówienia. Do tego załapałem się też na dwa zloty nowych organizatorów – Żarciowozów. W Dąbrowie Górniczej i Wadowicach. Oba zloty wypadły świetnie, choć w Wadowicach pogoda dała nam popalić. Na koniec technicznie wsparłem otwarcie Truckarni na ulicy Dajwór. Wpadajcie tam bo warto. Jeśli miałbym wymienić to co najbardziej mi smakowało z ulicznego żarcia o jakim pisałem, to na wyróżnienie zasługuje pulled pork cubano od Crazy Pig. Naprawdę – syta i fantastyczna sprawa.

Jak wygląda moja pierwsza trójka jeśli chodzi o to co udało mi się pochłonąć? Jako wielki fan mięsa w każdej postaci  możecie być zaskoczeni wynikami. Jeśli któryś z wymienionych foodtrucków. Znajdzie się w waszej okolicy – walcie tam jak w dym. W pierwszej trójce od końca – Eat Me, Meet Me i ich kanapka El Vege . Serio. Nie wiedziałemn że z buraka i koziego sera można zrobić coś tak dobrego.

Pozycja numer duo to Cubanos od Pogromców Głodu. Ten rok przede wszystkim należał do kanapki w stylu kubańskim i z ręką na sercu mogę powiedzieć że zjadłem ich w 2017 najwięcej. Oni mają najlepszą. I uwaga uwaga! Sam nie wierzę że to pisze. Pierwsze miejsce to Barowóz i FALAFEL. Tak. Najlepsze co zjadłem w tym roku to kotlety z fasoli. Serio. Zazdroszczę Katowicom że mają ten przysmak tuż pod nosem.

Najlepszym debiutem roku 2017 w mojej opinii, bezapelacyjnie – Pogromcy Głodu. Co przyniesie 2018? Zobaczymy. Na pewno będę chciał opisać więcej miejsc niż w poprzednim. Zalążki na artykuły są. Tylko czasu brak. W nowym roku będę go potrzebował znacznie więcej. Czego i wam na nowy rok życzę.

Michał Turecki: Mój rok 2017, przynajmniej jeśli chodzi o tematy związane z jedzeniem, był całkiem niezły. Paradoksem jest, że pierwsza moja ewidentnie negatywna recenzja, zyskała tak duży rozgłos. Ale był to tekst z którego napisaniem, nosiłem się od początku mojej przygody ze Street Food Polska. Przeczytałem go ostatnio raz jeszcze i nie zmieniłbym w nim nawet jednego słowa. Wciąż mogę podpisać się pod nim obiema rękoma.

Tekst ten, spowodował też, że po raz pierwszy pojawiłem się w telewizji. Wprawdzie śniadaniowej, ale zawsze. Występ podobno był całkiem merytoryczny. Oglądałem go kilka razy i mam wrażenie, że jak na pierwszy raz było całkiem nieźle. Pod koniec roku udzieliłem też obszernego wywiadu dotyczącego krakowskich barów mlecznych. Wywiad pojawił się w krakowskiej Gazecie Wyborczej i wydaje mi się, że też był całkiem ciekawą lekturą.

Jeśli chodzi o miejsca w których jadłem, to jak zwykle były to zarówno sieciówki, jak i lokale, food trucki, czasami przyczepy gastronomiczne, a nawet bary mleczne. Trafiło mi się w tym roku parę prawdziwych perełek. Zazwyczaj były to koncepty nowe, dopiero startujące w tym biznesie, a już oferujące doświadczenie na bardzo wysokim poziomie. Pomimo tego, że rynek ewidentnie się psuje i pojawiają się na nim ludzie chcący tylko i wyłącznie dobrze zarobić, a nie karmić dobrym jedzeniem, czy organizować festiwale na których zarówno jedzący jak i food truckowcy będą zadowoleni.

Idąc chronologicznie, pierwszym wielkim odkryciem kończącego się roku był Habibi Kebab. Okazało się, że w materii znanej w naszym kraju od lat, można wymyślić coś nowego. Smak kebaba z tego food trucka, był zupełnie inny, od wszystkiego czego do tej pory próbowałem i bardzo żałuję, że tak rzadko mogę ich odwiedzać.

Kolejnym miejscem, prowadzonym przez cudownych, pełnych pasji ludzi, jest lokal Meat & Go w kompleksie Tytano. Ich też odwiedzam zdecydowanie za rzadko. A przygotowują jedzenie na absolutnie najwyższym poziomie, z niebywałą wręcz dbałością o szczegóły. Ich Reuben nie ma sobie równych. Cieszę się bardzo, że odnaleźli swoje miejsce na ziemi, w którym mogą karmić swoim jedzeniem takie rzesze ludzi.

Hunger Busters/Z grilla wzięte poznałem na jednym ze śniadań Street Food Polska pod Galerią Kazimierz. Ekipa okazała się przemiłymi ludźmi, serwującymi doskonałe jedzenie. Ich kanapka kubańska, albo BBLT, czyli BLT wzbogacone o brie, to jedne z najlepszych rzeczy jakie jadłem w zeszłym roku. Tutaj też widać niesamowitą dbałość o każdy szczegół. Samodzielnie przygotowywane mięso, bułki z zaprzyjaźnionej piekarni. Smak broni się sam. Ale czasami trzeba mu pomóc, ekipa troszczy się o to, żeby zawsze było tak samo dobrze.

Końcówkę roku miałem bardzo przyjemną bo najpierw trafiłem do malutkiego lokalu ukrytego w osiedlu czyli Fit&Full, w którym zjadłem dwa świetne burgery i doskonały obiad składający się ze smażonej ryby z surówką z kiszonej kapusty i najgładszym puree ziemniaczanym jakiego w życiu próbowałem. Tam na pewno będę wracał.

A ostatnim miejscem o którym chciałem tutaj wspomnieć jest Cyrk na Kółkach. W niedużej przyczepie gastronomicznej kupić możemy kanapki z trzema rodzajami mięsa i jedną kanapkę wegetariańską. Zarówno kanapka z szarpaną wieprzowiną, jak i ta z wołowiną po burgundzku to klasa sama w sobie. O kompozycjach smakowych niech świadczy fakt, że kanapka wegetariańska z oscypkiem, smakowała mi tak samo, jak kanapki z mięsem. To miejsce również będę często odwiedzał.

Jeśli chodzi o trendy które obserwuję na rynku jedzenia ulicznego, to jeden wybija się ponad wszystko. Polacy zaczynają szukać prawdziwej kuchni azjatyckiej. Szukają i uczą się smaków. Prym wiodą zupy, takie jak pho i dania, takie jak ramen. Zauważam również, że coraz więcej food trucków decyduje się na przenosiny do lokalu, jak Gruzja na Kółkach, albo na organizację wygodniejszego miejsca do jedzenia w miejscach w których stacjonują – jak na przykład dawny Dajwór 21, w którym stanął na czas zimy pokaźnych rozmiarów ogrzewany namiot, oraz pojawił się lokal o nazwie Truckarnia, gdzie możemy zjeść jedzenie z food trucków, przepijając je piwem. Trend ten widać najwyraźniej w Warszawie, gdzie osoby związane z biznesem na kółkach, coraz częściej decydują się na otwarcie swojego lokalu.

W przyszłym roku przewiduję jeszcze większy boom na kuchnię azjatycką we wszystkich jej odmianach, od prawdziwie wietnamskiej, przez koreańską, japońską, aż po malezyjską. Azja to niezwykłe bogactwo smaków i aromatów, które przez lata zakłamywano nam, serwując w barach typu polviet kuchnię azjatycką dostosowaną do polskiego odbiorcy, a nie mającą nic wspólnego z oryginałem.

Wieszczę również wzrost popularności autentycznej kuchni bliskowschodniej. W ślad za Mezzaliansem gotującym obecnie w Atelier przy Placu Nowym tradycyjne dla tamtego regionu przekąski mezze, oraz znaną i lubianą w Krakowie Mazayą, posiadającą już dwa lokale, na pewno pójdą inni, którzy będą chcieli przybliżyć smaki tamtych stron.

Ja osobiście mam cichą nadzieję, że powstanie jeszcze kilka miejsc z kanapkami z mięsem. Choć od poprzedniego roku w tej materii zauważalny jest duży postęp.

Na koniec chciałem podziękować wszystkim czytającym i komentującym moje recenzje w 2017 roku. Chciałbym, żeby nadchodzący rok był rokiem wysokiej jakości jedzenia, przygotowywanego z doskonałych składników. Chciałbym również, żeby był rokiem spokojnego rozwoju. Boom street foodu jest już raczej za nami. Widać to chociażby po ilości nowopowstających burgerowni. Kiedyś nie było miesiąca, żeby w Krakowie nie otworzył się przynajmniej jeden tego typu lokal. Obecnie nowe burgerownie pojawiają się dość rzadko. Podobnie jest z food truckami i przyczepami gastronomicznymi. Cieszę się, że w nowych miejscach stawia się na jakość, a nie na szybki zarobek. Zdecydowana większość moich recenzji, może być tego potwierdzeniem.

Przewodnik po azjatyckim jedzeniu w Kielcach. Część 4

Street Food w Tajlandii. Część 1 – Koh Chang

Dodaj komentarz