http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2013/08/goloneczka-2.jpg

Pamiętnik z wakacji, czyli Angelika nad morzem. Część 2

Część II (część I mojej przygody pojawiła się na SFP 8 sierpnia br.):

Cieszę się, że w końcu znalazłam czas, by ze spokojem nadrobić zaległości i przejrzeć kolorowe, zachęcające do konsumpcji recenzje na SFP. Im więcej ich czytałam, tym bardziej budził się we mnie wygłodniały zwierzak. I tak jak przez pierwsze dni starałam się by dania, które tu jadłam, choć trochę przypominały te dietetyczne, tak już po 3 dniach, nie było „zmiłuj się”, musiałam pójść na całość.

Czwartego dnia również zaniosło mnie do mojej ulubionej, klimatycznej chaty „POD STRZECHĄ”, gdzie na pierwszy ogień poszło piwko i żurek w chlebie (13 zł). Pani kelnerka uśmiechnęła się i powiedziała: „Co tak delikatnie?”, ale ani ona, ani ja nie wiedziałyśmy, że tak naprawdę dopiero zaczynam :)

zurek1 zurek2 zurek3

Piwem ugasiłam pragnienie, a żurek był czymś o czym marzyłam od dawna. Szkoda tylko, że chleb, w którym go tu podają, nie jest chrupiący. Z początku trochę się zmartwiłam, ale już przy pierwszej łyżce zupy zrozumiałam, że jej smak i konsystencja wynagrodzą mi tą małą niedogodność. Nie musiałam dodawać żadnych przypraw (a to rzadkość w moim przypadku), żadnej soli i pieprzu – żurek był naprawdę bardzo dobry. W przypadku tak podanej zupy, lubię chwilę zaczekać, aż wsiąknie w ścianki chleba od środka i powstanie miąższ, który może nieładnie wygląda, ale za to jak smakuje!

Było pysznie, ale jakoś tak…. za mało :) Zamarzyłam o jakimś konkrecie. Byłam sama, nikt nie patrzył i w końcu mogłam zjeść to co chcę i ile chcę (bo często niestety uważa się, że kobiecie nie przystoi tyle „pochłaniać”). Tym konkretem była „Golonka po bawarsku”(28 zł) (piwna goloneczka z pieca + zasmażana kapusta + podsmażane pyrki z dużą ilością rozmarynu, o których wspominałam już w cz.I).

goloneczka 1 goloneczka 2 goloneczka

Czekając na mój konkret, dotarło do mnie dlaczego czuję się tu tak dobrze i ciągle tu wracam. Nie dość, że jest smacznie, to jeszcze z głośników dobiega ciekawa muzyka. Nie jest to głośne, rozkrzyczane disco polo czy hity z satelity, tylko lekko słyszalny w tle np. Rod Stewart, Anna Maria Jopek, czy np. Ray Charles (z góry zaznaczę, że nie mam nic do muzyki rozrywkowej, tylko do zbyt wysokiego poziomu jej głośności jakim nas raczą różne lokale gastronomiczne).

Pewnie trudno w to uwierzyć, ale jedząc to cudeńko miałam w oczach łzy wzruszenia. To była prawdziwa poezja smaków. Najpierw kęs samego mięsa – mistrzostwo świata! Z zewnątrz fajnie przypieczone, w środku różowe, kruche, delikatne. Drugi kęs: mięso + musztarda i chrzan. O jakie to dobre. Przy tym chrzanie i musztardzie mięso wydawało się jeszcze bardziej piwne niż przy pierwszym kęsie. Trzeciemu kawałkowi golonki na widelcu towarzyszyła zasmażana kapusta. Smaczny duecik, ale nie powiem, że powalający. Wybieram opcję drugą, czyli goloneczka + chrzan + musztarda przegryzione od czasu do czasu ziemniaczkiem z moim ulubionym, uprażonym rozmarynem. Ta opcja znika z talerza w całości. Muzyka, spokój dookoła i wypełniony, doskonałym posiłkiem, żołądek pozwoliły mi poczuć i zrozumieć w końcu, jak czują się ci wszyscy recenzenci piszący o tego typu jedzeniu na SFP. To wszystko sprawiło, że chciało mi się krzyczeć: Chwilo trwaj wiecznie! Pewnie niejeden z Was, Drodzy Recenzenci, mi teraz zazdrości – jest czego :) Opuszczając lokal czułam się, jakbym miała za chwilę eksplodować, ale długi spacer i kilka długości basenu sprawiły, że kolejny raz, zasnęłam bez wyrzutów sumienia.

Następnego dnia odwiedziłam niedalekie Gryfice, a tam zaintrygowana i rozbawiona napisem „szejki” na szybie kawiarni „Czekoladowa Lokomotywa”, weszłam by spróbować gryfickich specjałów.

https://www.facebook.com/CzekoladowaLokomotywaKawiarniaWGryficach

Bardzo miła, uśmiechnięta obsługa, duży wybór wszelakich słodkości. W tej kawiarni wszystko się do mnie uśmiechało, mocno błyszczało, pachniało, po prostu kusiło :)

gryfice1 gryfice2 gryfice3 gryfice4 gryfice5 lody gryfice

Nie będę pisała jak smakował zwyczajny gofr, mrożona kawa czy lody, ale mam wrażenie, że na wakacjach wszystko smakuje wybornie i jakoś tak lepiej :)

Zostały mi dwa dni i uświadomiłam sobie dość ciekawą prawdę. Zawsze na wakacjach bywałam z kimś. Przeważnie musiałam iść na jakieś kompromisy, nie do końca mogłam zjeść to co chciałam i gdzie chciałam. Pierwszy raz jadłam i robiłam po mojemu i było mi z tym niezwykle dobrze.

W przedostatni dzień zamówiłam danie, które właściwie już pierwszego dnia wpadło mi w oko. „Roladki drobiowe w sosie pieczarkowym” (filet z kurczaka, rolowany ze szpinakiem, pomidorem i serem – 26 zł za zestaw w każdej wersji).

roladki 1 roladki 2

Do tej pory podobne specjały jadałam bez panierki. Ale od momentu kiedy spróbowałam tych ze zdjęcia, już wolę z panierką. Tak, z tą właśnie kaloryczną panierką :) Fajne, bardzo dobrze wyglądające i smakujące danie. Spójne, nierozwalające się, czyli ser, który scalił ze sobą składniki, doskonale spełnił swoją rolę. W sumie to proste, powszechnie znane połączenie produktów, więc nie powinno wzbudzać zachwytu – a jednak! Może to ten tutejszy jod tak na mnie wpływa :) Jak dla mnie 10/10.

Z ulubioną chatką w Łukęcinie postanowiłam pożegnać się daniem, które postawiło kropkę nad i mojego wakacyjnego szaleństwa – tą kropką był „Karczek z grilla z sosem BBQ” (26 zł).

karczek 1 karczek 2

Bardzo dobre, syte i pożywne – w sam raz na długą drogę powrotną do domu. Nie mam się do czego przyczepić. Mięso było soczyste i dobrze przyprawione, ale też nie mogę piać z zachwytu, tak jak to było w przypadku goloneczki czy roladek, bo nieskromnie powiem, zdarzało mi się robić lepsze :) Dobrze, że karczek podawany jest z sosem BBQ – to duży plus.

Naprawdę żal się żegnać z tym wszystkim. 7 dni wcześniej, nie spodziewałam się, że to miastko (miastko, bo miastem nie jest, a wsią też trudno mi je nazwać) może mi pomóc tak się zresetować, odpocząć i przypomnieć jak smakuje świat bez diety. Łukęcin to świetne miejsce na wakacje. Piękna czysta plaża, cisza, spokój, super hotel z basenem, a do tego zaskakująco dobre jedzenie.

Wiem, że przytyłam (nie wiem ile, boje się to sprawdzić na razie), ale NAPRAWDĘ BYŁO WARTO odstawić na chwilę dietę na boczny tor i zaszaleć! Jestem pewna, że tu powrócę. Już tęsknię za chatą „POD STRZECHĄ” – ten lokal jest dla mnie potwierdzeniem tego, że jeśli się chce to można nawet w tak niewielkiej miejscowości stworzyć miejsce, do którego chce się wracać a wręcz za którym się tęskni i na pewno miło wspomina.

Pozdrawiam Was wszystkich i dziękuję za pomoc w zrozumieniu prawdy, że jedzenie TO COŚ WIĘCEJ NIŻ TYLKO KONSUMPCJA BYLE CZEGO, BYLE GDZIE.

1016979_536062729781000_2014749194_n

Lokal „Pod Strzechą” znajduje się w Łukęcinie (okolice Pobierowa i Dziwnówka) przy ul. Słonecznej 7.

Autorką wpisu i zdjęć jest Angelika Skubikowska.