http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2013/08/Karmazyn-2.jpg

Pamiętnik z wakacji, czyli Angelika nad morzem. Część 1

Dzisiaj pierwsza, ale nie ostatnia (druga część już podobno się pisze) recenzja Angeliki Skubikowskiej. Zapraszam więc nad morze, do miejscowości Łukęcin:

 

Dzień dobry wszystkim. Z pewną dozą nieśmiałości muszę wyznać, że jest to mój dziewiczy rejs statkiem zwanym Street Food Polska. Właściwie to płynę obok niego, obserwując go z ogromnym zaciekawieniem, od samego początku, ale dopiero dzisiaj nabrałam odwagi by wsiąść na jego pokład i podzielić się ze Streetfoodowcami tym co ostatnio przeżyłam, a właściwie co przeżył mój żołądek :)

3 lata pracy w korporacji bez urlopu! i 1,5 roku diety doprowadziło mnie w końcu do podjęcia decyzji o zresetowaniu nie tylko mózgu, ale i żołądka. Szybka decyzja, spakowana walizka i przed siebie na północ, by szum morza ukoił moje nerwy.

Rezerwując miejsce w małej miejscowości Łukęcin w zachodniopomorskim miałam spore obawy, że może być kiepsko ze zjedzeniem czegoś ciekawego na miejscu. Tymczasem, mogę śmiało stwierdzić, że zupełnie się tego nie spodziewając, TRAFIŁAM DO RAJU.

Na miejsce dotarłam o 14.00. Po kilku godzinach jazdy samochodem, moje zmęczenie i głód, dość mocno dawały o sobie znać. Po szybkim rozpoznaniu niewielkiego terenu, zdecydowałam, że zgrzeszę w miejscu o nazwie „POD STRZECHĄ”.

 

lokal 1 lokal 2

 

Kiedy zobaczyłam na sąsiednim stoliku stojący koktajl lodowy o smaku czekoladowym, pomyślałam: „Musze go mieć! Od tego właśnie zacznę dzisiejszą ucztę”.

Piłam koktajl z taką przyjemnością, że trudno to opisać. Był słodki, ale nie za słodki, gęsty, ale nie za gęsty, był schłodzony, ale nie lodowaty, był naprawdę czekoladowy, po prostu idealny, taki jak lubię. Żałuję, że nie możecie tego teraz spróbować, tak bardzo chciałabym się z Wami podzielić tym smakiem :)

 

579611_536284836425456_542814508_n

 

Po wypiciu, jeszcze długo siedziałam z uśmiechem na ustach czując rozkosz, zdjęłam nawet ukradkiem buty pod stołem, tak bardzo poczułam się „u siebie”. Było mi dobrze. Moje oczy musiały mówić „chcę jeszcze”, bo pani kelnerka powiedziała: „To może teraz truskawkowego?”. Odpowiedziałam z uśmiechem: „To może później na deser, bo teraz chętnie zjadłabym jakiś konkrecik, co mi pani zaproponuje?”. Bez zbytniego zastanawiania się padła szybka odpowiedź: „Może Karmazyn po królewsku?”. Zaintrygowały mnie słowa: „po królewsku”. Nie minęło 20 minut, a na moim stole pojawił się król w koronie z masła czosnkowego.

 

Karmazyn Karmazyn 2 Karmazyn 3 karmazyn 4 karmazyn5

 

Istne cudo! Po 547 dniach diety i jedzenia ryb na parze lub z grilla, tak przyrządzony karmazyn, doprowadza mnie do stanu mocno przyjemnego. Delikatność mięsa, chrupiąca skórka i smak topiącego się powoli masełka czosnkowego robią wiele dobrego w tym daniu. Naprawdę warto tu przejechać nawet 600 kilometrów, by choć spróbować tego karmazyna, królewskiego karmazyna.

Po dość obfitym obiedzie, miałam mocne wyrzuty sumienia, że za dużo w siebie wrzuciłam, więc po dojechaniu do hotelu zostawiłam rzeczy w pokoju i pomimo ogromnego zmęczenia poszłam na basen. Musiałam koniecznie spalić kalorie, by przez następne 6 dni pobytu móc bezkarnie popróbować kolejnych pyszności.

Do tego jeszcze spacer brzegiem morza (ok. 4 km) i mogłam pójść spać bez wyrzutów sumienia.

Nie będę opisywała jak spędzałam swój (tak długo wyczekiwany urlop), bo na pewno nikogo to nie obchodzi, powiem tylko, że lubię różnorodność, więc następnego dnia, w porze obiadowej podjęłam próbę zjedzenia w innym miejscu niż w „POD STRZECHĄ”.

Miałam naprawdę dobre, szczere chęci, niestety próba ta, zdecydowanie się nie powiodła. Już podchodząc do tych… no właśnie, do czego? Restauracjami tego nie można nazwać, barami też raczej nie, może po prostu, by nikogo nie urazić napiszę, że kiedy już podchodziłam do tych „punktów gastronomicznych”, czułam jakby coś w rodzaju starego, spalonego oleju. Niczego nie spróbowałam, a już mi było gorzko w gardle, od samego wyobrażenia, że miałabym tego spróbować. Do tego wszędzie przy kasach sterczały plastikowe noże, plastikowe widelce, więc pewnie i danie wjechałoby na plastikowej tacce. Nie wiem dlaczego, ale odrzuca mnie od plastików, chyba wolałabym już wziąć tą ociekającą tłuszczem rybę w rękę niż użyć tych białych, wyginających się i zawsze wypadających mi z rąk, sztućców.

Po dokładnym rozejrzeniu się dookoła i wnikliwym rozpoznaniu terenu, już wiedziałam, gdzie przez te 6 dni zapomnę o diecie. Wróciłam oczywiście do „POD STRZECHĄ”.

Sporą podpowiedzią dla mnie, gdzie można dobrze zjeść, był fakt, że w tym właśnie miejscu siedziało najwięcej mam ze swoimi pociechami. W porze obiadowej ciężko było o wolny stolik, ale w związku z tym, że byłam sama, to jakaś miła rodzinka pozwoliła mi się przysiąść do siebie. Dzieci z ogromnym smakiem wcinały placki ziemniaczane z cukrem i naleśniki, a mama sałatkę z tuńczykiem.

Ja nabrałam ochoty na kalmary w cieście.

krewetki

 

Bardzo fajne, lekkie, wręcz przepyszne danie. Spodziewałam się czegoś ciężkiego, tłustego, a tymczasem podano mi krążki, które pomimo smażenia w głębokim tłuszczu, naprawdę były delikatne. Pieczywko dobre w smaku, ale ja bym je osobiście wsadziła na chwilkę do opiekacza przed podaniem, a do sałatki dodała więcej ziół. Skoro mój obiad okazał się prawie dietetyczny, a postanowiłam że urlop taki nie będzie, to na deser wjechał serniczek, wypiekany tu na miejscu (w karcie jest też szarlotka z bitą śmietaną i kulką lodów waniliowych).

 

sernik sernik 2

 

Odnoszę wrażenie, że zdjęcia pokazują całą doskonałość tego „cukiereczka”, ale muszę wspomnieć o tym, czego jednak nie widać. Ciasto jest podane na ciepło. Spód kruchy, ale nie jest wysuszony na wiór. Biała, środkowa, serowa część, mięciutka i w sam raz słodka, nie mdli i nie zapycha, jak większość serników które jadałam. Całość przykryta białkową, bardzo delikatną pierzynką, na której od czasu do czasu pojawia się mocno czekoladowa, dobra polewa.

 

Kolejnego dnia zamówiłam „Łupki Chrupki”. To chyba jakiś łukęciński hit, bo z tego co zdążyłam się zorientować, są zamawiane bardzo często przez klientów w tym miejscu. W związku z tym nie mogłam nie spróbować.

 

lupki lupki chr

Proste, ale niezwykle smaczne, dobrze przyrządzone danie z polędwiczek drobiowych. Przyuważyłam, że jest bardzo popularne wśród dzieci, pewnie myślą że to polędwiczki z KFC. Rzeczywiście wyglądają podobnie, ale w smaku, jak dla mnie, są o niebo lepsze. Nie czuć chemii. Przyrumienione i czymś przyprawione (nie rozszyfrowałam czym) płatki kukurydziane, nadają bardzo ciekawy smak i wydają fajny dźwięk przy chrupaniu. Do tego podawany jest całkiem poprawny sos „1000 wysp”.

Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o zasmażanych ziemniaczkach, które smakowały wybornie. Ziemniaki jak ziemniaki, nie znam się na nich, ale to, że ktoś podsmażając je nie szalał z dużą ilością tłuszczu, ale za to puścił wodze fantazji przy ilości rozmarynu sprawiło, że to chyba najlepsze pyrki jakie jadłam do tej pory. Nie wiedziałam, że tak lubię uprażony/podsmażony rozmaryn :)

Danie kosztuje 25 zł, ale było w takiej ilości, że nie udało mi się go dokończyć, następnym razem zamówię wersję „dla brzdąca”, która kosztuje 14zł, a też jest spora i wystarczająca jak na kobiecy żołądek.

Po 2 godzinach obiad odszedł w zapomnienie, a w głowie pojawiła się myśl o deserze. Wyruszyłam spróbować tutejszych gofrów z postanowieniem, że mój gofr będzie malutki, delikatny tylko z cukrem pudrem (żeby nie przesadzić). Natomiast kiedy zobaczyłam te wszystkie możliwe, mocno kolorowe dodatki, zaszalałam i oto efekt mojego szaleństwa (ojjjj, mam nadzieję, że pójdzie w cycki a nie w…):

 

gofr lukecin gofr lukecin (2) owoce

 

Dodatki okazały się jednak tylko dodatkami, bo najcudowniejszy w tym wszystkim był bosko wypieczony gofr. Pychota!

Minęły 3 dni, a ja czuję, że to dopiero początek, że się dopiero rozkręcam, że zaczynam patrzeć przez żorżowo-streetfoodowe okulary i chcę czegoś więcej i konkretniej. Tak. Obudziła się we mnie bestia, która w następnych dniach poprosi panią kelnerkę o przyniesienie konkretniejszych dań :) W związku z tym, c.d.n. niebawem.

 

Opisany lokal znajduje się w Łukęcinie (okolice Pobierowa i Dziwnówka ) przy ul. Słonecznej 7/

 

Autorką wpisu i zdjęć jest Angelika Skubikowska.