close
O tym, jak Marcin poszedł na dzika, a zaleczył (profilaktycznie) kaca

O tym, jak Marcin poszedł na dzika, a zaleczył (profilaktycznie) kaca

0udostępnień

Poszedłem do Warburgera zjeść burgera z dziczyzny. Nie wyszło… Ale skoro już byłem to przecież nie odmówię sobie zjedzenia zeszłorocznego brązowego medalisty rankingu najlepszych burgerów w Warszawie. Wiedziałem, że wieczorem będę zmuszony wypić parę piw, dlatego moją uwagę przykuł burger o kojąco dla żołądka brzmiącej nazwie Kacburger. W składzie wołowina, bekon, standardowy zestaw warzyw – cebula czerwona, cebula cukrowa, sałata lodowa oraz marynowany ogórek. Wszystko to w towarzystwie autorskiego sosu, o którym napiszę później parę słów. Całość zapakowana jest do jednej z lepszych burgerowych bułek jakich dane było mi spróbować. W lokalu znajdziemy informację, że standardowo podają mięso średnio wysmażone, a jeżeli ktoś ma jakieś fanaberie, to musi o tym poinformować obsługę. Ja jestem normalny i nie planowałem żadnego wydziwiania, no może poza tym, że dodatkowo poprosiłem o ser. Mięso  trafia na ruszt, bułka do piecyka i zaczynam oczekiwanie. Po chwili na mięso trafia jeszcze kawałek sera oraz warzywa, co sprawia, że nabierają delikatnej temperatury, ale nie tracą swojej chrupkości. Całość trafia do bułki i szczęśliwy mogę zacząć konsumpcję. I jak się okazuje Zorż nie kłamał. Jest to naprawdę ścisła czołówka, jeżeli chodzi o warszawskie burgery. Mięso było po prostu fantastyczne, idealnie zmielone, perfekcyjnie doprawione oraz co najważniejsze świetnie wysmażone. Dodatki fajnie chrupią, cebula jest delikatnie pikantna, natomiast ogórek nadaje kwaskowatości. Bułka leżała w piecyku dokładnie tyle, ile powinna. Przypieczona z zewnątrz, miękka w środku świetnie pilnuje tego, żeby zawartość znalazła się w naszych żołądkach, a nie  na stole lub ubraniu. Do tego ma naprawdę świetny smak, przypominający domowe pieczywo. Oprócz chrupkich warzyw, mamy też dobrze ciągnącego się Mimoletta. Całość dopełniona jest świetnym ostro – słodkim sosem, z dobrze wyczuwalną nutą imbiru oraz whiskey. Niestety nie ma róży bez kolców i w moim burgerze znalazłem tylko jeden malutki plasterek bekonu, który dosłownie zniknął w gąszczu innych składników i równie dobrze mogłoby go tam po prostu nie być. Podsumowując, jest to naprawdę świetny lokal, jednak niektórych mogą pewnie odstraszyć nieco panujące tam ceny. Mój Kacbuger nie był na pewno największym burgerem na świecie, a w opcji z serem kosztuje dość sporo – bo aż 25 złotych. Za tą cenę otrzymujemy jednak świetnej jakości składniki, które w połączeniu tworzą naprawdę doskonałą kompozycję.

 image-1 image-2 image-3 image

Ps. Wieczorem tak jak planowałem wypiłem te parę piw i kolejnego dnia obudziłem się przed 7 rano bez żadnego bólu głowy, co przypisałem właśnie wspaniałemu podkładowi w postaci Kacburgera.

Sposób na kaca znalazł Marcin Malinowski

Nowa kuchnia w bohomass lab, czyli fajne miejsce

Kolejna edycja Restaurant Day !!! W całej Polsce !!!

Dodaj komentarz