close
Miało być pięknie, wyszło średnio, czyli wizyta w Starym Browarze

Miało być pięknie, wyszło średnio, czyli wizyta w Starym Browarze

0udostępnień

Paweł Kotwica: 

Pamiętam raban, jaki powstał wśród piwoszy mniej więcej rok temu, kiedy poszła fama, że w świetnie znanej kamienicy Sołtyków przy kieleckim Rynku powstanie minibrowar. Plany były ambitne, miejsce idealne, konserwator zabytków zgodził się na niewielkie przeróbki, nic tylko w piwnicy piwo warzyć. Niestety, koszty realizacji pomysłu chyba przerosły właściciela i z „wielkiego halo” wyszło wzięte pytajniczo „heloooou???”.

Na początek nazwa, kompletnie wprowadzająca w błąd. Stary Browar, według szyldu – XVIII-wieczny. Nic z tych rzeczy. Tu się piwa nie warzy. Tani chwyt marketingowy, obliczony chyba na turystów, bo przecież nie na starych kielczan, którzy doskonale wiedzą, że u Sołtyków nigdy żadnego browaru nie było. I nadal nie ma. Czyli pic na wodę, lub raczej na piwo. Nie ostatni, niestety…

Nie jestem jakimś piwnym ortodoksem, ale tak zwanego piwa koncernowego napiję się raczej wtedy, gdy nie mam w zasięgu wzroku żadnego innego. Piwo lane w Starym Browarze to po prostu Tyskie, tyle że niepasteryzowane, przywiezione w cysternie, przepompowane szlauchem do tanka. Każdy prawdziwy piwosz powie, że to piwo produkowane, a nie warzone. To z tanka jest tylko po prostu świeższe, troszkę mniej gazowane, różnica niewielka. Kto tego nie wie – pewnie będzie mu wszystko jedno. Dla mnie to trochę „nie teges”, choć ceny zachęcające – pół litra 5 złotych, litrowy kufel – 9 zł.

Ale dajmy spokój piwu, wyjście miało być na żeberka lub golonkę. Postawiliśmy (jak zwykle) na to drugie. Wcześniej Żorż, czekając na mnie kilka minut przy drzwiach, przewertował menu. Golonka reklamowała się jako pieczona, z modrą kapustą, czyli taka, jaką można zamówić w większości czeskich hospod, gdzie romantycznie nazywają ją pečenym kolenem.

Weszliśmy na górę. Wnętrze doskonale nam przecież znane, choć teraz w zupełnie innym aranżu. Przyjemne, kojarzące się bardziej z niemieckimi niż z czeskimi piwiarniami, ani eleganckie, ani przaśne. Wybraliśmy stolik z siedzeniami przypominającymi ławki w dawnych wagonach PKP klasy trzeciej. Fajnie, wygodnie, bo można się wśliznąć na swoje miejsce, jak również dość szybko wyśliznąć, co w piwiarniach jest wartością dodaną. Ciekawie jest skonstruowana karta, jak dawne skoroszyty na numery telefonów – interesujący nas rodzaj jedzenia czy napitku można znaleźć w dwie pikosekundy. To plus. Minus (choć niektórzy to lubią) to kompletny misz-masz, kuchnie połowy świata: precel bawarski, kaszanka z grilla, krewetki, stek, kartoffel salad, pasty, dorada z pieca, szoarma…

Mimo że na sali było sporo gości, kelnerka zjawiła się błyskawicznie. Kolejny plus. Postanowiliśmy nie eksperymentować, jak ostatnio, kiedy do tatara i golonki piliśmy wino. Nalanie dwóch litrusów i postawienie ich przed naszymi wysuszonymi od monitorów komputerów gębami, zajęło barmance mgnienie oka – kolejny plus. Piwo, jakie by nie było, zostało nalane jak trzeba, z odpowiednią pianą (za nalewanie piwa bez piany należałoby łamać kołem), kufel był chłodny, czysty, żeby nie przedłużać – jeśli chodzi o kulturę podania, wszystko było jak należy.

 

Żorż Ponimirski: 

Nie ukrywam, że duże nadzieje wiązałem z tym miejscem. Nawet bardzo duże. Myślałem, że powstanie w Kielcach minibrowaru będzie kolejnym punktem zwiększającym kulinarną atrakcyjność naszego miasta. No i nie ukrywam, że idea bierhallu jest mi szczególnie bliska, bo wiąże się z obecnością w menu kiełbas, golonek i sznycli. Kiedy więc udało mi się namówić Pawła na wizytę w Starym Browarze cały dzień pościłem licząc na popołudniowe obżarstwo w towarzystwie kilku kufli pienistego piwka.

Karta, którą widzicie na zdjęciu, nieco mój zapał ostudziła. Jest golonka, jest kiełbasa, ale nie ma sznycla, za to jest… shoarma i makarony! No kurcze, ktoś sobie jaja robi? Ale nic to, jak źrebaki pocwałowaliśmy na górę by zająć miejsca i oddać się kulinarnemu hedonizmowi.

Karta, którą dostaliśmy odbiega od tej, którą studiowałem przy stolikach przed wejściem. Jest nieco bardziej rozbudowana. Ale nadal jest to szalony misz-masz różnych kuchni. No i zasadnicza sprawa – golonka w tej karcie nie jest już z modrą kapustą, a golonką po bawarsku z kapustą zasmażaną.

 

P1010595

 

 

Paweł Kotwica:

Jako przystawkę zamówiliśmy „Przysmak Piwosza” (11 złotych, wzięliśmy jedną porcję na dwie twarze), który miał się składać z kilku rodzajów kiełbas. Szczególnie zainteresował nas wymieniony w zestawie ślimak z białej kiełbasy, znany mi z niemieckich piwiarni. Kilka łyków piwa i talerz zajechał. I przyznam, że się rozczarowałem. Ślimak wypełzł chyba na spacer po Rynku, względnie zjadła go amba. Ja rozumiem, że mogło go zabraknąć, ale kelnerka powinna o tym poinformować przy zamówieniu. Rozumiem, że erzacem były trzy kawałki jakiejś (chyba) białej kiełbasy. Chyba, bo była usmażona na rumiano w głębokim tłuszczu. Poza tym było kilka maleńkich kiełbasek w sosie curry (o którym opowie Żorż, jako amator currywurstu) i kawałeczek zwykłej kiełbasy, którą w karcie szumnie nazwano wiejską.

A sposób podania tej przystawki dość pretensjonalny – kiełbaski leżały na żeliwnym półmisku w formie krowy, znanym mi raczej z knajp wietnamskich.

 

Żorż Ponimirski:

Nie będę się już pastwił nad kiełbasami wchodzącymi w skład tej przystawki, ale jedno muszę powiedzieć. „Mini kiełbaski podane w sosie salsa curry” mają nazwę zdecydowanie mylącą. To znaczy są mini, ale sos nijak mi nie przypominał ani salsy ani tym bardziej salsy curry. Jednym słowem curry w ogóle w tym nie czułem, smakowało raczej jak keczup. Jeśli ktoś liczył na currywursta to nie tutaj. A szkoda. Jedyny plus to bułeczka, która podana była gorąca i nawet mi smakowała, nie powiem. Ale ogólnie Przysmak Piwosza zawodzi na całej linii.

 

P1010597

 

Paweł Kotwica:

Wreszcie na deskach zajechały panny golonki. I znowu skucha. Myślałem, że dostałem chwilowego ataku daltonizmu. Miała być czerwona kapusta, była biała. Kto zna smak zasmażanej, czerwonej kapusty, spotykanej w towarzystwie golonki w praskich knajpach, zrozumie moje rozczarowanie. Na szczęście ta była niezbyt kwaśna i w miarę dobrze przyprawiona, choć dałbym więcej kminku. Słowem – kapusta jak kapusta. Ale kolejna „niezgodność zamówienia z otrzymanym asortymentem” zaiste zastanawiająca, jak na knajpę, która działa od kilku zaledwie tygodni. (Nie sprawdziłeś w karcie, którą dostałeś, piszę o tym wyżej. Żorż)

Sama golonka (24,90 zł) przyzwoitych gabarytów, dość mocna spieczona, nawet za mocno, czego nie lubi Żorż, gustujący raczej w golonkach podlanych sosem. Dlatego litościwie opuszczę rozdział opisujący, jak biedny Żorż usiłował sfrezować nożem przypaloną skórę, choć mogłoby to służyć jako poradnik dla początkujących miłośników obróbki skrawaniem. I na koniec – słabe dodatki do golonki, na moje oko najtańsza dostępna musztarda i takiż chrzan.

 

Żorż Ponimirski: 

Zdecydowanie nie mój typ. Skóra jak dla mnie za twarda. Mówiąc wprost wysuszona i spalona. W ogóle odniosłem wrażenie, że golonka albo zbyt długo przebywała w piecu albo była odgrzewana. Na szczęście mięso przy kości było dość soczyste, ale oceniam tę golonkę na 2,5 w 5 stopniowej skali. Nie była najgorsza, ale jadałem już dużo lepsze. Zasmażana kapusta po bawarsku zawierała sporo kminku, była kwaskowa, ale smakiem przypominała mi raczej bigos (aż sprawdziłem, czy aby w karcie nie figuruje to danie). Ogólnie – duży zawód.

 

P1010598 P1010599 P1010600

 

PODSUMOWANIE

Paweł Kotwica:

Zjeść, zapłacić, zapomnieć. Życzymy każdej inicjatywie kulinarnej w Kielcach jak najlepiej, ale rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami, kartą, a rzeczywistością jest dla mnie w Starym Browarze zbyt duża, abym stał się jego stałym klientem. Może zajrzę kiedyś na piwny krem kartoflany albo żebro. Idealnym podsumowaniem tej wizyty jest utwór Grupy Rafała Kmity „Średni człowiek”.

Żorż Ponimirski: 

Pomysł na lokal świetny, wystrój przyjemny, ceny jak na restaurację w Rynku bardzo przyjazne, ale wykonanie zawodzi. Szkoda. Bardzo szkoda, bo zamiast sałatek i makaronów liczyłem raczej na kilka rodzajów kiełbas, ze 3 rodzaje golonki, sznycla … Miałem nadzieję, że Stary Browar będzie wzorowany np. na krakowskim „Pod Wawelem”, a tak mamy kolejnego Kojota czy Roy Bena. Smakowo szału nie ma, to co jedliśmy przywodzi na myśl raczej niepilnowaną sieciówkę niż restaurację z pasją.

P.S. O ile obsługa jest przyjazna i sprawna, to ciągłe pytania „czy smakowało” mocno mnie irytują. I jeszcze jedno. Po kiego grzyba na każdej sali działa telewizor bez ściszonego dźwięku, a z głośników leci głośna muzyka? Taka kakofonia rozprasza, nie pasuje do restauracji i po jakimś czasie staje się po prostu męcząca.

Jednym słowem – miało być fajnie, a wyszło jak zwykle. Wpadniemy pewnie za jakiś czas sprawdzić coś innego, ale tym razem już bez tej radości, którą czułem wybierając się do Starego Browaru po raz pierwszy.

 

Domowo, smacznie, po poznańsku, czyli Qń w Chatce Babuni

Najlepsze są rzeczy proste. Pamięci Kadira Nurmana.

Dodaj komentarz