close
Lahmacun, iskender i falafel, czyli wizyta w Kebab King

Lahmacun, iskender i falafel, czyli wizyta w Kebab King

0udostępnień

Powiem bez owijania w bawełnę. Kebab mogę jeść na okrągło. Jadam go odkąd pojawił się Polsce i mimo upływu lat nie czuję przesytu. Podczas wizyty w Warszawie w planach miałem odwiedzenie przynajmniej jednego przybytku z turecką kuchnią. Spytałem więc Mariana Koniuszko (który o kebabach wie wszystko), gdzie powinienem się udać. ” Amrit to sieciówka na poziomie, w Sapko jadłeś, ale powinieneś wpaść jeszcze raz, w Kebab King masz największy wybór i powinieneś ich opisać, bo są bardzo popularni, świetną sieciówką jest też Adana Kebab”. Traf chciał, że udając się na spotkanie z chłopakami z Bubbleology przechodziliśmy akurat obok jednego z lokali KK na Nowym Świecie 19.

Miejsca w środku dużo, nawet urodziny można urządzić. Rzut oka na menu i … zawieszka. Chyba w żadnym innym kebabie nie miałem tylu dań do wyboru. Po dłuższej chwili nasz wybór padł na Lahmacun z kebabem wołowym (14 zł) i Iskender kebab (25 zł). Do tego czajniczek herbaty na 2 osoby (10 zł) i dodatkowo dwa falafle (2 x 3 zł).

20140322_110550

20140322_110630

W oczekiwaniu na nasze dania popijaliśmy mocną herbatę i zagryzaliśmy gratisowym ciastkiem (mega słodkim).

20140322_111021 20140322_111026 20140322_111356

Wreszcie jedzonko wjechało na stolik. Najpierw Lahmacun:

20140322_111410 20140322_111448 20140322_111537

Odjechałem. To było pyszne. Chrupiąca pita kryła w swym wnętrzu paski wołowiny, mielone mięso, świeże warzywa, zioła i mieszany sos (taki poprosiłem).  Mięso faktycznie dobrze doprawione, całość sycąca i bardzo smaczna. Jedyną rzeczą, do której się przyczepię, to sos. O ile pierwsze 2/3 Lahmacun smakowało idealnie, o tyle ostatni fragment był dosłownie zalany sosami (zapewne spłynęły po prostu siłą grawitacji). Ciasto namiękło i gdyby nie talerz pewnie zlizywałbym sos z kolan. Należy więc poprosić o mniejszą ilość sosu, albo jeść bardzo szybko, co do najłatwiejszych nie należy, bo moje Lahnacum aż parzyło na początku. Mimo małej wpadki z sosami polecam, bo bardzo dobre.

Iskender kebab podawany jest na talerzu. Paski wołowo – cielęce ułożone są na pociętym tureckim chlebie, całość polana jest sosem pomidorowym, a z boku słuszna porcja gęstego, pysznego jogurtu.

20140322_111610 20140322_111615 20140322_111626

Porcja na duży głód. Mięso doprawione dobrze, ale jak dla mnie całe danie było za mało pikantne. Sos jest łagodny i, podobnie jak w Lahnacum, było go za dużo lub był zbyt rzadki, bo chleb pod mięsem bardzo nasiąkł, co psuło nieco smak. Szkoda, liczyłem że będzie to danie podobne do jedzonego onegdaj w Efesie Sultana. Lahnacum smakowało mi zdecydowanie lepiej.

Na koniec jeszcze falafel. Słaby. Nawet bardzo słaby, chyba odgrzewany po raz kolejny, bo suchy niesamowicie. Poza tym doprawiony niewystarczająco. Próbowaliśmy mieszać go z sosem z Iskendera, ale niewiele to dało i drugi kotlecik sobie odpuściliśmy.

Podsumowując: Lahnacum zdecydowanie na tak, Iskender do poprawki (a raczej doprawki), a falafel do kosza. Nie jest to z pewnością najlepszy lokal z kebabem w Warszawie, ale mimo wszystko jeszcze tam wpadnę, bo kilka dań mnie kusi. Powtórzę – wybór dań ogromny, a obsługa przyjemna. Następnym razem wezmę coś na ostro.

Burgery na sportowo, czyli wizyta w Bike Bistro

Pizzeria Rimini, czyli powrót do smaków dzieciństwa

Dodaj komentarz