http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2013/04/IMG_2599.jpg

Kaszpir relacjonuje z Wrocławia, czyli Biednie, Lepko, Twardo a flatbreads…

… niejadalne. Nie rozumiem, jak można nazwać lokal „BLT&Flatbreads” a następnie podawać w nim tak koszmarne podpłomyki, że nie da się ich pokroić nożem ani zjeść bez posiadania szczęki terminatora. Jako, że nie dopisali mi goszczący we Wrocławiu kulinarni gurmandziści z miasta o domu ze szpicem, postanowiłem jednak sam zmierzyć się z tutejszą kuchnią. Pewnie coś przeczuwali. Ale dzielnie stawiłem czoła wyzwaniu.

Po wejściu do lokalu pierwsze, co rzuca się w oczy to numerowane stoliki i obsługa podająca klientom dania. Po dziesięciu minutach studiowania karty przy niesprzątniętym stole zacząłem jednak wyczuwać, że coś nie działa albo ja nie mam siódmego zmysłu. Otóż w lokalu obowiązuje samoobsługa. Oczywiście typowo po polsku – ani słowa o tym w karcie a kelnerki pozbawione możliwości napiwku ograniczają się do sprzątania ze stołów i przynoszenia zamówionych przy barze dań z typowym peerelwoskim „Peroszę…”. Już chciałem wezwać Rurka ze szmatą, ale odpuściłem i…

[singlepic id=162 w=320 h=240 float=]

zamówiłem na początek Bacon & Egg caesar flatbread (17 złotych) i spokojnie oczekiwałem na zamówione danie. Dalej nastąpiły już same niespodzianki. Na początek egg. Było jedno – ze zgrabnie zszarzałym żółtkiem, położone obok dania. Kto wpadł na ten pomysł, by nie pokroić go w łódeczki i udekorować nim sałatki, nie wiem. Poczułem to, co musiało poczuć samo jajko – odrzucenie, potraktowanie jako coś gorszego, zbędny element. Za to kilkanaście mocno wysmażonych plastrów bekonu zwiastowało niezły pomysł na ciąg dalszy. Jednak już po minucie ich nie było a ja po szybkiej konsumpcji dokopałem się do góry sałaty włoskiej. Sałata jak sałata – potraktowana kilkoma mikroskopijnymi plasterkami utartego parmezanu z majonezem, który miał być z czosnkiem. Miał. Jako że od dziecka traktuję warzywa jak truciznę i staram się nie jadać ich w nadmiarze postanowiłem dobrać się do spodu dania. Czyli do flatbredu.

Minęło 10 minut krojenia.

Po bezskutecznych próbach skrawania, rozrywania, gryzienia, żucia… w końcu się poddałem. Wezwałem kelnerkę i poprosiłem o komentarz kucharza do zaistniałej sytuacji. Nie mogłem uwierzyć że składnik, który dał nazwę lokalowi trafił się taki, że nie sposób go w ogóle zjeść. Placek (najwyraźniej z marketu, co zauważyłem po górze placków w kuchni zapakowanych jeszcze w plastikową torbę) był kompletnie surowy i niejadalny. W miejscu gdzie serwuje się pizzę i stoi piec opalany drewnem. Kelnerka po powrocie z kuchni wydukała, że tak się to podaje. A zatem równie dobrze mogłoby go nie być, skoro ma stanowić garni lub zemstę szefa kuchni na marudnych klientach. Dlaczego ochrzczono to danie imieniem największego mistrza sałatek – zaiste nie wiem.

Efekty mojej walki uwieczniłem poniżej.

[singlepic id=163 w=320 h=240 float=]
Czując spory niedosyt zamówiłem jako kolejny Philly Cheasesteak w wersji Garlic Butter (10 złotych) – czyli kanapkę, która miała zawierać cyt: „plastry grilowanej karkówki wieprzowej, ser provolone, masło czosnkowe” a okazała się najtańszą bułą z supermarketu wysmarowaną masłem ze śladowymi ilościami czosnku, z wcześniej upieczonymi nieregularnymi i nielicznymi żylastymi kawałkami karkówki w połowie składającej się z tłuszczu. Chyba cały lokal tego dnia pracował na jednym ząbku tego luksusowego dodatku Nie miało to oczywiście  nic wspólnego z ciętym nożem mięsem a co najwyżej z odpadami z pobliskiego kebabu przykrytymi serem, który równie dobrze mógł być zwykłą goudą, bo provolone to nie przypominało wcale. Jedynym plusem było krótkie umieszczenie tego czegoś w piecu, co pozwoliło w ogóle roztopić się serowi – o jego zapieczeniu nie było bowiem mowy.

[singlepic id=164 w=320 h=240 float=]

Z pięciu kawałków stejku jadalny okazał się jeden.

[singlepic id=165 w=320 h=240 float=]

Do domu zabrałem jeszcze kolejne danie BLT Classic (9 złotych), czyli kanapkę z bekonem, sałatą, pomidorem i dipem majonezowym. Leży przede mną szczelnie zapakowana i jeszcze nie wiem, czy zdecyduję się na kolejne tortury żołądka. Wszak Wrocław jest taki piękny a ja chciałbym zachować o nim jakieś milsze gastronomiczne wspomnienia.

Info dla wielbicieli hambuksów. Lokal serwuje burgery, w zestawach z frytkami i colą. Jednak po lekturze składu: „mielone mięso wieprzowo-wołowe” ten rodzaj kulinarnego żartu nie zasługuje nawet na chwilę mojej uwagi.

Jeśli spodobała Wam się recenzja, to mam jeszcze w zanadrzu dwa odwiedzone w stolicy Dolnego Śląska (i pięknych dziewczyn) lokale z fast- i slowfastfoodem. A jeśli nie, to dam sobie spokój i skupię się na wgryzaniu w ulubione warszawskie hamburgery :-)

Kaszpir

Autorem wpisu i zdjęć jest Kaszpir. Ja osobiście czekam na następne relacje Andrzeju!




There are no comments

Add yours