http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2013/05/20130523_183425.jpg

Hamburger De Lux XXL, czyli Arek wraca do Paydy

Nasz pabianicki korespondent, Arek Tysiak, najwyraźniej zakochał się w podawanych w Paydzie kanapkach. Nie minął tydzień od jego wizyty na sztandarowej ichniejszej kanapce, a już podesłał mi kolejna recenzję, tym razem burgera. Zapraszam do lektury:

 

O paydzie z Paydy niedawno czytaliście, a teraz nadszedł czas na coś, co chodziło za mną od dawien dawna, a jakoś nigdy wcześniej nie udało mi się tego ugryźć. To coś nazwano Hamburger DE LUX XXL i zapewne w zamyśle twórcy tegoż burgera miało być stworzenie czegoś „na bogatości”. A co z tego wyszło? Czytajcie dalej.

Kompletnie zamulony po pracy, zniszczony pogodą, wyczułem szóstym zmysłem, że obiadu w domu nie będzie, więc ruszyłem do Paydy. Od ostatniej wizyty w tym miejscu miałem wizję zjedzenia wypaśnego hamburgera, który uśmiechał się do mnie z plakatu. Ponieważ nie ma się co hamować i sobie odmawiać, gdy jest ochota, zamówiłem tego skubańca, zapłaciłem 12 złociszy i nadszedł czas oczekiwania.

Dziewczyna przygotowująca mi burgera wyjęła w pierwszej kolejność już uformowanego kotleta z lodówki. Wyglądał zachęcająco. Czysta wołowina. Według Paydy jest tam 200 gram mięcha. Kolor surowego mięsa soczyście różowy. I sru na patelnię, a tę na grilla.

Do opiekacza trafiła buła, by nabrać nieco rumieńców i zapiec się, tak by nie absorbować soków z warzyw, mięsa i sosu.

Czekałem z niecierpliwością dobre 10 minut, patrząc zarazem, jak kolejni klienci wgryzają się w Paydy i Tortille. A ja stałem taki biedny z boku i tak nasłuchiwałem skwierczenia kotleta. Z transu wybiło mnie pytanie o sosy. Oto nadszedł mój czas.

Oczywiście poprosiłem o ostry, ale nauczony doświadczeniem, w małej ilości. Dziewczyna przesmarowała więc oszczędnie dwie połówki bułki, po czym zaczęła uzupełniać ją warzywami. Odrobina kapusty pekińskiej, kilka plasterków ogórka zielonego i kiszonego, czerwona cebulka, rzut oliwek, pomidor i król zestawienia – pan kotlet.

Burger został po mistrzowsku zamknięty, włożony do papierka w kształcie rożka i wylądował w mych dłoniach. Kawał jedzenia.

Pierwszy kęs wprawił mnie w radosny nastrój. Bułka dobrze podgrzana, puszysta, delikatnie chrupiąca. Górna połówka posypana sporą ilością sezamu. Bardzo mi podpasowała.

Najważniejsza część burgera, czyli kotlet został z wierzchu dobrze wysmażony, jak widać zresztą na zdjęciu. Po ugryzieniu okazał się być nieco różowy w środku. Mięcho ładnie pachniało, roztaczając wyraźny zapach grilowanej wołowiny. Jeśli idzie o konsystencję samego kotleta, był grubo mielony, doprawiony cebulką, ale mimo to zbity i naprawdę trzymał fason.

Hamburgera zjadłem łapczywie. No smakował mi, po prostu smakował. Starałem się go gryźć tak, by wchłonąć wszystkie składniki. Świeżość warzyw, odrobina pikanterii pochodząca od sosu niestety troszkę tłumiły smak mięsa, któremu przydałoby się moim zdaniem, nieco lepsze przyprawienie, by nadać mu większego wyrazu. Bo przecież to on jest tu panem, a reszta to tylko dodatki.

Nie mniej szamałem ze smakiem, oblizałem się obleśnie i cisnąłem pusty papierek po burgerze do kosza. W przyszłości jeszcze sięgnę po De Lux XXL. Po prostu smaczny jest, a w stosunku do Big Maca czy nawet Royala znanego z Maka, jest też na bank zdrowszy od nich oraz bardziej sycący. Za dwanaście zeta nic tylko brać.

 

 

 

Tekst i zdjęcia: Arek Tysiak.

Aż dziwne, że nie zapaliłeś po tym jakiegoś cygarka :D Tak na trawienie ;) (SFP)