http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2014/04/20140406_123513-1050x787.jpg

Geniusze przy ruszcie, czyli Tommy Burger

Niedziela, 06.04.14. Na dworze cieplutko, słońce daje z siebie maks. Endorfiny w organizmie szaleją, a brzuch burczy, jak oszalały. W końcu nie był karmiony od sobotniego wieczoru. Nie, nie jestem na jakiejś drakońskiej diecie. Po prostu przygotowałem się na jedno z ciekawszych, o ile nie najciekawszych wydarzeń kulinarnych w Łodzi, czyli Street Food Festival. Druga edycja odbywała się w tym samym miejscu, co poprzednia, czyli na Piotrkowskiej 217. Organizatorzy wyciągnęli wnioski z edycji pierwszej i tym razem food trucki oraz przyczepy z żarciem stanęły na sporym parkingu na który można było wejść bezpośrednio od Kościuszki, zamiast gnieździć je przy głównej bramie. Tym samym nie było już takiego ścisku i przyjemniej można było spędzić czas, a także jeść w spokoju nie będąc potrącanym co chwila przez kogoś.

Na miejsce dotarliśmy o godzinie 12:30. W ciągu kilku minut uzbierała się nas pięcioosobowa ekipa. Co jemy? No oczywiście, że burgery. Wybór był spory, ale  intuicja podpowiedziała mi, byśmy podeszli do Tommy Burger. Miałem okazję spróbować jednego z ich przysmaków na pierwszej edycji i byłem bardzo zadowolony. Tym razem, jedliśmy tam wszyscy.

Pierwsze co rzuciło się w oczy po podejściu do ich przyczepy to spora kolejka. Szczerze powiedziawszy, podobna była tylko przy nalewaku Pilsnera, a przy reszcie wozów ktoś tam się kręcił, lecz szału nie było.

Co jemy? Wraz z kumplem zdecydowaliśmy się na Big Boss Burger, czyli podwójnego cheeseburgera za 20 złociszy. Była to najdroższa buła w całym cenniku, a można było zjeść dobrze już za 13 złotych.

20140406_123513 20140406_125015

Po złożeniu zamówienia nadeszło najgorsze – oczekiwanie. Minuty biegły powoli, a nasze paszcze kapały od śliny, gdy wdychaliśmy wspaniały zapach grillowanej wołowiny i patrzyliśmy, jak inni się już raczą hamburgerami.

I wreszcie. Numer siedemnaście. O tak.

Dostaliśmy po ogromnej bułce, która posypana była nie sezamem, a słonecznikiem. W środku dwa soczyste, cudownie pachnące kotlety po 150 gramów każdy, przełożone plastrem sera i drugim pod górną częścią bułki. Kotlety wyściełano plastrami słodkawego pomidora, odrobiny chrupiącej sałaty i pikantnej cebulki, a całości dopełnił pokrojony, wyraźnie słony ogórek kiszony. Całość muśnięta sosem, z tego co się dowiedziałem majonezowo-chrzanowym i do tego ketchup. Ale nie taki kupny. O nie nie. Panowie wszystko zrobili sami, począwszy od wypieczenia bułek, po przygotowanie kotletów i sosów. Nawet lemoniady ich własnej roboty można było spróbować. Wrócę jednak do recenzji.

20140406_124433

Po kilku chwilach konsternacji i szukania sposobu, jak to właściwie ugryźć, zaczęliśmy po prosty kąsać raz górnego kotleta i bułę, a raz atak na dolnego i warzywa.

Smakowało bosko. Kotlety soczyste, delikatnie różowe w środku i doskonale doprawione. Słonego smaczku dodawały pikle. Sos pozostawiał aksamitny, wręcz śmietankowy posmak. Całość przełamywała delikatna słodycz pomidora i ketchupu. Po prostu pychota. Jak to stwierdziła reszta ekipy, która na swoje zamówienie musiała poczekać i dołączyła do degustacji, gdy my już prawie kończyliśmy „facet, który to smaży musi mieć ogromną wiedzę i musi wiedzieć, co robi”. To chyba wystarczająca rekomendacja.

20140406_125010

Czegoś tak świetne już dawno nie jadłem. Szkoda tylko, że nie dałem rady wepchnąć w siebie kolejnego hamburgera. Znaczy chciałem to zrobić, jakieś trzy godziny później po skonsumowaniu piwa w jednej z restauracji w łódzkiej Manufakturze, lecz niestety po powrocie na teren festiwalu, nie było co po Tommy Burgerze zbierać. Panowie jako pierwsi ze wszystkich stoisk byli już zamknięci. Wyglądali jak wyzuci z życia. Tłum zjadł cały zapas mięcha i frytek, jaki przygotowali na ten dzień. A jak udało mi się dowiedzieć, panowie zgromadzili dwa razy tyle składników, niż na pierwszej edycji. To już druga rekomendacja.

Jeśli ktoś chciałby spróbować ich hamburgerów to mają restaurację na Bartoka 20 (os. Widzew), gdzie możecie zjeść również pizzę i stejki. Jak będę w tamtych okolicach to na bank zapuszczę się do ich lokalu. Ale nie na pizzę, ani nie na stejka, a właśnie na hamburgera, bo mają jeszcze kilka pozycji, których muszę spróbować. I wy też to zróbcie, bo panowie wiedzą, co robią i robią to dobrze.

Burgera pochłonął (z przyjemnością) Arek Tysiak.

 




There are no comments

Add yours