close
Gdzie się podziały tamte kebaby niezapomniane, czyli Moń w Yassinie

Gdzie się podziały tamte kebaby niezapomniane, czyli Moń w Yassinie

0udostępnień

Dzisiaj chyba ostatecznie zamkniemy temat kebabów w Yassinie. Zaczynali jak bogowie fast fooda, by skończyć… Zresztą, przeczytajcie sami. 

Niedziela (27.01) od początku zapowiadała się nieciekawie.
Brak czasu na śniadanie, autobusy kursujące, co godzinę (jak to w niedziele), burzliwy dzień na uczelni, plus całe 30 minut na dotarcie do pracy (zaraz po szkole).
Pytanie – gdzie tu znaleźć czas, by coś przekąsić. Wizja pierwszego posiłku o 21 (po powrocie z pracy) nie bardzo mi się uśmiechała. Kiszki marsza grają, a ja tak dawno nie jadłam kebaba (całe dwa tygodnie!) ;) W końcu każde usprawiedliwienie jest dobre.
W kieleckim Yassin jadłam bodajże 4 razy.
Pierwszy raz, niedługo po otwarciu – wspaniały, cudowny, pomyślałam wtedy, że jest to poważna konkurencja dla kultowego już Saray.
Drugi raz – już mniej fascynujący, konkurencji już nie dostrzegam, ale dalej jest OK. jak za te pieniądze.
Trzeci raz – zero zachwytu, jakieś to takie było… takie, jakie być nie powinno. Ale może pan-kebabowy miał gorszy dzień? Może się dopiero uczył?
Czwarty raz – z ostrym sosem ujdzie, czyli „coś” ocierające się o optymizm, co mogę powiedzieć o tym kebabie.
No i nadeszła niedziela. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to będzie „ta ostatnia niedziela”.
Po drodze na przystanek, przechodzę zawsze przez rynek.
Można powiedzieć, że przymierałam głodem… a w Yassin, przez ostatni czas nie ma prawie w ogóle kolejek, kebab robi się w dosłownie kilka minut, no to jazda!
– Kebaba za 6 zł poproszę (najmniejszy, ten „promocyjny”, w chlebku. Zdążę zjeść po drodze, pomyślałam. Dałam dychę)
Dostałam reszty 2 zł.
– Ale ja chciałam kebaba za szóstkę a nie za 8 zł
– Nie ma
– Słucham?
– Nie robimy już kebabów za 6 zł. Ma być?
– Yyyy… no dobra, niech będzie. To poproszę w tortilli w takim razie. (ten zwykły za ósemkę, był do wyboru zawsze „tortilla / chlebek”
– Tylko pita.
– ???
– W tortilli za 10 zł.
– Aha… yy… to z sosem ostrym i kurczakiem, chociaż niech będzie
Patrzę jak pan-kebabowy zaczyna robić mój jedyny posiłek w ciągu dnia i zaczynam się bać.
Wybrał kurczaka z jakiegoś wiaderka – a obok kręci się góra mięsa.
Włożył do chlebka i BOOM! Do mikrofali, nucąc pod nosem jakieś egipskie melodie.
Następnie wziął dosłownie po szczypcie surówek i JEDNEGO ogórka. Wcześniej nabrały mu się może trzy – ale to chyba za duży przydział jak na kebaba za 8 zł, więc skrupulatnie wybrał tylko jeden plasterek… polał sosem i hop do grilla.
Dostałam, wyszłam, zaczęłam jeść po drodze.
Pierwszy kęs, nie jest źle.
Drugi kęs, dostałam się do kurczaka, ale okazał się jakiś taki dziwny, gumowaty w środku, prawie jak… Zaglądam do środka a tam piękne różowiutkie mięsko.
Pierwsza myśl: „K…! Surowy!”
Nienawidzę surowego mięsa, zawsze wszystko muszę mieć super wypieczone, usmażone i w ogóle, ale nie było czasu na zjedzenie niczego innego, więc stwierdziłam, że się jakoś przemęczę – w końcu ostry sos jest, jakoś to smakiem zabije ;)
Gryzę dalej, gryzę… i nagle czuję coś dziwnego.
Gmeram paluchem po języku i wyciągam…Włos! Patrzę na kebaba, a raczej do jego wnętrza i aż się musiałam zatrzymać. Ten kurczak nie dość, że był jeszcze ciut opierzony to w środku były kruczoczarne dwa włosy (niestety nie moje, bo moje są blond).
Pierwszy raz w życiu wywaliłam prawie całego kebaba do kosza, gdzie zawsze mówiłam, że wywalenie nawet końcówki to herezja. Moje studenckie 8 zł wylądowało w koszu.
Yassin, to ostatnia niedziela – dzisiaj się rozstaniemy.
Na wieki wieków. Amen!

Autorką tekstu jest Moń.
Zgadzasz się z nami? Nie zgadzasz? Masz własną opinię? Skomentuj ten post!
Opinie wulgarne, wyglądające, jak nachalna reklama, reklamy itp. będą usuwane.

Kryzys panie, czyli test "budżetowych" kebabów. Część 2

Street Food Polska TV w Boca Burgers

7 komentarzy

Dodaj komentarz