http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2016/09/MiąoėÜ-do-jedzenia-1050x590.jpg

Food trucki pod Galerią Łódzką – relacja podwójna

Arek Tysiak:

Soboty można śmiało podzielić na trzy typy – dzień lenia, czyli leżenie do góry tyłkiem i puszczanie soczystych bąków po kebsie popitym piwem, zjedzonym wieczór wcześniej ; dzień sprzątania, kiedy lata się po domu z odkurzaczem, szmatą, a na zwieńczenie dnia leci na zakupy; dzień szaleństw, gdzie czeka nas impreza i po drodze trzeba odwiedzić kilka fajnych miejsc. Trzeci września był dla mnie zdecydowanie tym ostatnim typem. Czekało mnie spore wesele, a tu jeszcze naczelnik Żorż zebrał radosny kram i nadciągnął do Łodzi, by w ramach Street Food Polska Festival w Galerii Łódzkiej, znów zarazić miejscowych najlepszymi smakami. No ja nie przyjadę? Grafik na sobotę miałem tak napięty, że aż przyjechałem na miejsce… przed czasem. Food trucki budziły się do życia, wszędzie pachniało, lecz jeszcze nie karmili. Pogadałem z naczelnikiem, pokręciłem się po ogródka Sphinxa, doczekałem się kumpla, który również ostro się napalił na dobre żarcie i w końcu – bomba w górę. Wystartowali!
Na dzień dobry Żorż wysłał nas do Burrito in Love, gdzie mieli nas nakarmić ponoć świetnym burrito z kaczką, nazwanym po prostu Kacza Robota. Właścicielami food trucka jest polsko-francuska para, którą połączyła miłość, ta sercowa i ta do jedzenia. Stworzyli teoretycznie proste menu, które kryje jednak pełno smaków, zapachów, emocji. Ponieważ chcieliśmy zjeść z kumplem maks potraw w ciągu około dwóch godzin, bo takim czasem dysponowaliśmy, wzięliśmy kaczuchę na pół. Podstawą zawiniątka została kaczka w marynacie cytrynowo-imbirowej, guacamole, ser feta, świeże warzywa i sos cytrynowy. Może się wydawać, że takie połączenie jest mdłe, ale smaki strzeliły nas w mordę, niczym Gołota strzelał Riddicka Bowe. Choć nie. To złe porównanie. W każdym razie aż w oczach stanęły łzy. Łzy szczęścia. Wyśmienite, mięciutkie mięsiwo otoczone słonawą fetą, mieszające się z cytryną i quacamole w kwaskowym uścisku i kolendra na dobitkę. Zrozumiałem dlaczego nazwali to Kacza Robota – to burrito robi po prostu genialną robotę! Teraz też jestem in love do ich burrito!

burrito-in-love kacza-robota-burrito-in-love
Kolejny przystanek Królleski Burger. Nigdy wcześniej nie miałem okazji spotkać się z tym food truckiem, a działają na rynku sporo czasu. Ale naczelnik ich ściągnął, znaczy musi być dobrze. Na tapetę poszedł buks o wdzięcznej nazwie Jalapeno, czyli 160 g wołowiny, papryczki jalapeno, czerwona cebula, sałata, pomidor, ogórek kiszony, a na zwieńczenie sos serowy chili i BBQ. Buła pszenna dla miłośników glutenu. Dla mnie. Gdy Żorż przytachał bułę, moje oczy zaszkliły się ze szczęścia. Porządny, piękny kawał skurczybyka. Konsumpcja odbyła się na trzy jamy ustne. Kiwaliśmy głową z uznania. Bardzo dobrze doprawione i zgrillowane na medium mięso, ekstra dodatki, a sos BBQ mnie po prostu uwiódł. Zazwyczaj jest bardzo rzadki, przelewa się przez całość albo wsiąka po prostu w bułę. Tutaj miał konsystencję dżemu, zostając z nami do samego końca. Pieczywo również klasa! W ocenie człowieka, który kocha hamburgery – najwyższa klasa!

iecie-krelleski jalapeno-buks jalapeno-burger jalapeno-in-progress
Żołądki zaczęły nam się zapełniać, a co najlepiej działa na trawienie? Oczywiście, że piwko. Ruszyliśmy z mym człowiekiem do markjeta w Galerii Łódzkiej, by nabyć kilka przysmaków. Ucieszyła mnie obecność kraftów i piw regionalnych, a finalnie wybrałem Cieszyńskie Double IPA w puszkach 0,33 l. Może nie jest to najlepszy sort, za to sam format opakowania pozwala raczyć się piwerkiem, bez podejrzeń o spożywanie alkoholu w miejscu publicznym. Po prostu wygląda jak 7UP. Genialne!
Wróciliśmy do naczelnika, który już zajadał zupę z My little Thailand, wdychając przy tym ogniście. Do klasycznej Chicken Soup, będącej jedną ze sztandarowych dań z tego food trucka, poprosił dodatkowo sosu Sambal to i grzała mocniej. Prawdę powiedziawszy, gdybyśmy dostali wersję oryginalną i tak by paliła w mordę, bo kucharz nie żałował przypraw za co mu wielka chwała. Zupa była naprawdę smaczna. Dużo mięciutkiego kurczaka, kiełki fasoli mung, makaron, chyba sojowy, a całość została dodatkowo wzbogacona tofu. Korcił mnie jeszcze kurczak smażony w sosie ostrygowym, niestety brzuch mówił zdecydowane STOP, a i czas mocno poganiał.

my-lil-thailand chicken-soup-my-lil-thailand
Dobrze nie zdążyłem ochłonąć po smakach Tajlandii, kompan przytargał zupę ramen z Akita Ramen, a naczelnik przybył z odsieczą prosto spod Tio Malo, targając ze sobą quesadillę. Ale nie taką zwykłą quesadillę na słono w klimatach do jakich nas KFC przyzwyczaiło. Porządny, przegenialny placek, wypełniony kurczakiem, kaktusem, papryczkami jalapeno i tak spojony serem, że sam Pudzian by tego nie otworzył. Do tego dwie salsy – słodkie mango z chili oraz chili chipotle. Obydwa świetne. Poezja smaku. Seriaszka. Jak wcześniej sięgałem głównie po buksy, tak teraz będę częściej wyłamywał się ze swoich przyzwyczajeń, bo kuchnia Tex-Mex jest dopasowana doskonale do moich klimatów, a dzięki Tio Malo zacząłem żałować, że nie próbowałem podobnych dań wcześniej, ciągle trwając tylko przy wołowinie. Mogę o nich powiedzieć jedno – klasa!

ramen-ale-jaki-to-jul-nie-wiem miaoeu-do-jedzenia
Dobra, klasa klasą, ale zegarek patrzył na mnie z pogardą, co oznaczało, że na mnie czas. Niestety zajebiaszczy Street Food Polska Festival w Galerii Łódzkiej zakończył się dla mnie po dwóch godzinach, podczas gdy na wcześniejszych bywałem i dwa dni pod rząd. Nic. Chociaż sobie smuteczek odbiłem na weselu. Przybiłem piątki z ziomkiem i naczelnikiem, po czym ruszyłem na tramwaj. Wiem jedno – jeszcze tu wrócę i wracał będę tak długo, jak starczy mi sił. Polecam każdemu, bo jak Żorż zrobi imprezę ze swoją food truckową świtą to nie ma ch…chwilówek nikt nie udziela.

Żorż Ponimirski:

Arku, Przyjacielu mój, niemal wyczerpałeś temat, ale ja byłem na Festivalu całe dwa dni, więc udało mi się spróbować nieco więcej.

Nie będę powtarzał za Toba zachwytów nad (jak zwykle) cudnym ramenem od Akity czy rewelacyjną quesadillą od Złego Wujka. Pragnę jednak nieco przybliżyć Ci kilka dań, które spożywać zacząłem jeszcze za Twego pobytu i takie, które spożywać musiałem w samotności, gdyż opuściłeś mnie, zwabiony plebejską zabawą w oparach wódki i wyziewów bigosu, zwanej weselem. Wybaczam Ci jednak i oto piszę kilka słów z imprezy, którą zawsze wiernie nawiedzasz.

Zupa z kurczakiem od My Little Thailand i kurczak w sosie ostrygowym bardzo mi smakowały. Zupę zaostrzyłem łyżeczką sambala, więc lało mi się po plecach w trakcie jedzenia, ale było warto (próbowałeś, to wiesz). Kurczak bardzo aromatyczny i łagodny, była to kolejna pozycja z menu MLT do której chętnie wrócę i kieruję Twoja uwagę w kierunku tego trucka – lubisz na ostro, więc na pewno inne pozycje przygotowane przez „Tajów” z Warszawy będą Ci smakować.

img_7262 img_7263 img_7265 img_7266 img_7360 img_7361 img_7362

Zachwycałeś się (słusznie!) burgerem jalapeno od Królleskiego, ale drogi Przyjacielu – drugiego dnia nabyłem otóż burgera bawarskiego i myślę, że patrząc na zdjęcia masz łzy w oczach. Wzruszenia, ale i złości, że nie dane Ci było owego burgera doznać. Bo wyróżnia go obecność solidnego plastra, bezwstydnie soczystego, wabiącego perwersyjnie  rozmiarem niczym modelka Rubensa, mówiącego „dotknij mnie, poliż, ukąś, zatop we mnie zęby” BEKONU. Piszę wielkimi literami, gdyż BEKON ów na to zasługuje. Sam popatrz:

img_7318 img_7320 img_7322 img_7323 img_7325

Czyż nie jest piękny?! A smakował… Mój Boże, jakże mam Ci opisać, jakich słów użyć, by oddać całą jego soczystość i wyrazistość? Nie podejmę się, cierp i cierpliwie czekaj na okazję, by samemu spróbować. Sosy w tym burgerze to musztarda i keczup i muszę przyznać, że pasowały idealnie.

Śniadanie zjadłem obfite i sycące – smażony ser z bekonem i belgijskimi frytkami od Fabryki Frytek. Wiele mi radości sprawiła ta pozycja i dała kopa na kilka godzin. Mam nadzieję, że i Ty w tym czasie zjadłeś coś równie pysznego, a nie walczyłeś z syndromem dnia wczorajszego?

img_7296 img_7297 img_7299 img_7300 img_7301

Imaginuj sobie, że doznałem także burgera bez mięsa. The Bandits serwowali takowego, zamiast kotleta wołowego znalazło się w nim jajko sadzone, które w towarzystwie sosów i grillowanych warzyw wypadło bardzo smacznie. Kiedyś zamiast jajka był w tym burgerze boczniak, którego troszkę mi brakowało, ale jajko też dało radę.

img_7337 img_7338 img_7339

Uszczknąłem także pierożków na parze od The Dumplings, które okazały się dobrze doprawione i smaczne:

img_7284 img_7285

Skubnąłem co nieco paelli od TelePaella.pl. Pierwszego dnia serwowali mięsną, w której znaleźć można było m.in. całe skrzydełka, drugiego zaś dnia rządziły już owoce morza:

img_7274 img_7275 img_7277 img_7278 img_7333 img_7334img_7347img_7348

Nie wiem, czy paellę poważasz, ale całkiem smaczne okazały się także serwowane przez nich krokieciki z kurczakiem. W środku niemal kremowo płynne, delikatne – bardzo fajny finger food:

img_7335 img_7336

Jak widzisz, drogi Przyjacielu, kiedy Ty hasałeś beztrosko na weselu, ja wziąłem na siebie ciężar naszej pracy, która do łatwych nie należy i dzielnie trwałem na powierzonym mi stanowisku. Dziękuję Ci niniejszym za piwo, którym mnie uraczyłeś i swoje towarzystwo. Mam nadzieję, że do następnej wyżerki przystąpisz bardziej czasowy, czego Tobie i sobie życzę. Twój Żorż.




There are no comments

Add yours