http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2013/05/20130508_210153-e1368966875199.jpg

Arek Paydę zajada, czyli relacja z Pabianic

Kiedy Arek przesłał mi tę recenzję, pomyślałem, że życie bywa niesprawiedliwe. Dwa lata temu, podczas pobytu w Łowiczu, zetknąłem się z lokalem o nazwie Payda, oferującym głównie kanapki na gorąco. Niestety, moje doświadczenia były bardzo negatywne. Ale po tej recenzji obiecuję, że  na pewno odwiedzę Paydę i jeszcze raz spróbuję oferowanych przez tę sieć przekąsek. A teraz zapraszam do relacji przysłanej przez naszego pabianickiego korespondenta Arka Tysiaka:

W mym małym, wciąż wyludniającym się mieście, znajduje się kilka ciekawych gastronomicznie miejsc, gdzie można całkiem nieźle zjeść i nie przepłacić. Znajdziemy tu i coś dla miłośników kuchni greckiej i dla tych, którzy lubią sushi, a i fani klasycznej polskiej budy ze styropianowymi hamburgerami wypełnionymi masą kapusty pekińskiej powinni być zadowoleni. Jest jednak jedno miejsce przy którym od rana do nocy potrafią ustawiać się kolejki amatorów smacznego, miejskiego i co ważne, zdrowego żarcia. Miejsce to nazywa się Payda i znajduje się na parterze upadającego domu handlowego. O ile wszystko wokół zdycha, tak Payda niezmiennie od kilkunastu lat rośnie w siłę, przyciąga klientelę i co chwila dodaje coś ciekawego do menu.

Tu ciekawostka. Z tego co doczytywałem, otwierają niedługo lokal w Katowicach, więc tamtejsi miłośnicy miejskiego żarcia będą mieli niedługo mały, gastronomiczny raj.

Flagowym daniem w Paydzie, a właściwie kanapką jest, coś co nazywa się…Payda :D

Może się ona kojarzyć z jakąś nudną pajdą chleba, nudzić się jednak przy niej nie da. Kanapka ta występuje w dwóch rozmiarach – XL i XXL. Osobiście jestem fanem tej drugiej, którą niejednokrotnie ledwo zjadam. Co ważne, kanapka ta występuje w kilku konfiguracjach. Fani gyrosu mogą wybierać między drobiem, a wieprzowiną. Lubisz z salami? Też jest. I z tuńczykiem także. Nawet ze schabowym i z bekonem.

Moją ulubioną jest szynka-ser, którą też postanowiłem dla Was zrecenzować.

 

 

Po odczekaniu chwili w kolejce i obślinieniu się jak pies od samych zapachów, złożyłem zamówienie, zapłaciłem i odczekałem około 3-4 minut by zaliczyć swoją rewię smaków.

Zawsze, gdy oczekuję na zamówienie, lubię przyglądać się, jak przygotowywane są kanapki. Najlepsze jest to, że w Paydzie nie mają nic do ukrycia. W oszklonej lodówce widać wszystkie składniki, które też na bieżąco są dokrawane, gdy tylko się kończą, tak więc mamy tu wszystko świeże. Na ladzie na moich oczach „składa” się kanapkę i mogę podczas tego procesu poprosić o wyrzucenie jakiegoś składnika, jeśli go nie lubię, dobrać sosy w wybranych przeze mnie proporcjach. Super sprawa.

A jak to wygląda w praktyce? Pszenne, prostokątne pieczywo ląduje na ladzie. W niej cztery konkretne plastry szynki i kolejne tyle sera. Następnie całość pakuje się na grilla i opieka, tak by ser się rozpuścił, szynka nagrzała, a buła opiekła. Później całość wraca znowu na ladę, jest otwierana i w pierwszej kolejności smarowana sosami. Ponieważ jestem fanem ostrości, poprosiłem o przesmarowanie jednej połówki czerwonym sosem, którego spożycie boli tak na wejściu, jak i wyjściu, a na drugą połówkę sos ziołowy by chociaż trochę dać odpocząć podniebieniu.

Gdy sosy znajdują się już w kanapce, ta jest następnie wypełniana odrobiną kapusty pekińskiej, kilkoma grubymi plastrami ogórka kiszonego, ogórka zielonego, pomidora. Do tego prażona cebulka, nieco czarnych oliwek, kukurydzy oraz czerwona i biała cebula w piórkach. Po fachowym zamknięciu kanapki i wsunięciu jej w papierową torbę, mogę wreszcie zjeść. A jest co jeść. Kąsam francę, niczym robią to z nami komary w ciepłą, letnią noc nad wodą. A to z lewa, a to z prawa. Świeże składniki doprawione charakternym ostrym sosem, nieco przytłumiają smak szynki, jednak i tej nie da się tu nie dostrzec. Ser bardzo fajnie się ciągnie, co dodaje kanapce dodatkowego uroku. I jem i jem i brzuch mój już pełny, a ja tu jestem dopiero po 2/3 długości. Staję więc pod mym blokiem i napycham się na maksa pozostałością. Pychota, po prostu pychota. Tak się tym najadłem, że kolejny posiłek zjadłem dopiero następnego dnia z rana.

 

 

 

Jak ja się cieszę, że mamy takie miejsce. I takie ceny.

Wiecie ile to kosztowało? 6,90 zł!

Czy warto? No k***a raczej :D

Za tę kasę i za tę jakość, aż zaczynam patrzeć z niesmakiem w kierunku KFC i McD.

Jak to mówi Niekryty – booya!

 

Autorem recenzji i zdjęć jest cigar aficionado Arkadiusz Tysiak.