http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2013/09/1174875_1399371820290817_1296308926_n.jpg

Qń w Ojisan Milk Bar. Część 1

Dzisiaj na blogu dość kontrowersyjny wpis. Pierwsza anty recenzja (taki termin sobie wymyśliłem na potrzeby tego tekstu, jeśli komuś przeszkadza, to trudno). Zastanawialiśmy się z Qniem, jak to ugryźć, w końcu doszliśmy do wniosku, że puszczamy to tak jak jest. Historia ma swój ciąg dalszy, który opublikuję jeszcze w tym tygodniu. A teraz zapraszam do czytania:

 

Jakiś czas temu, jeden z naszych przyjaciół, na Street Food Polska zasugerował, że warto by było pójść na chińszczyznę do poznańskiego lokalu o nazwie Ojisan Milk Bar.

Byłem akurat w okolicach Starego Rynku, bez pomysłu na obiad, więc ochoczo podjąłem to wyzwanie. Dotarłem na ul. Szewską (taki adres widniał w Internecie). Szybko jednak okazało się, że tego lokalu już tam nie ma, a w jego miejsce powstała pizzeria.

1

Dowiaduję się, że lokal przeniesiono na ul. 27 Grudnia 9. Ruszam więc spacerkiem, lubianymi przeze mnie, uliczkami Poznania (ok. 1km), a po drodze kuszą mnie 3 inne lokale z kuchnią chińską, z czego jeden to mega wybitna restauracja (ale to może innym razem).

2

Ja jednak nie ulegam tym pokusom i docieram do „Ojisan Milk Bar”.

3

Zaczynam czuć lekki niepokój. Wchodzę w niezbyt ciekawą bramę (zdecydowanie nie przepadam za takimi miejscami).

4 5

Przy lokalu leży spory pies. O! Obok biega drugi. Fiu, fiu… zaczynam się pocić. Podchodzę bliżej i widzę, że jakaś Pani głaszcze pieska, mówiąc do niego coś w nieznanym mi języku.

6

Szybko mijam psa, potem wspomnianą Panią, wchodzę po schodach do… no właśnie do czego ja wchodzę? To lokal? Kobieta, którą przed chwilą minąłem, przywiązuje psa, wchodzi za ladę (nie myje rąk!) i zadaje mi pytanie mocno łamaną polszczyzną: „Pomóc w czymś?”. Ja na to: „Czy można tu zjeść?”. Pani odpowiada: „Tak” (swoją drogą bardzo wyczerpująca i zachęcająca do zjedzenia odpowiedź). Z lekkim zdziwieniem dopytuję dalej: „A czy jest jakieś menu może?”. Pani mówi: „Kuciak? Wolowina? Fiepśowina?” i zagadkowe „coś” tam jeszcze, ale tego już nie zrozumiałem. Hmmm… mocno to dziwne. Ale nie poddaję się i pytam dalej: „W jakiej cenie są te dania? Po dłuższej chwili pada odpowiedź: „Dżeśćia jeten ślotych„ (to chyba 21 zł, ale pewności nie mam). Okazuje się, że w tym lokalu nikt nie mówi po polsku (może i wadą to to nie jest, ale jeśli nie znasz angielskiego albo chińskiego, to pamiętaj, że składając zamówienie, będzie to bardziej loteria niż 100% pewność tego co zamówiłeś). Moja reakcja mogła być tylko jedna. Z nieśmiałością, strachem, niezrozumieniem i rozczarowaniem w oczach, mówię do Pani: „To ja się może jeszcze zastanowię”. Rozglądam się dokładniej. Zarówno w lokalu jak i w ogródku nie ma ani jednego klienta.

7 8 9 10

Jest tylko jakiś Pan z obsługi i te psy, które budzą we mnie jakieś takie potwornie dziwne skojarzenia, jakby na coś czekały w tym, jakby nie było, jednak chińskim barze…

11

Nie odważyłem się zamówić czegokolwiek. Okropnie boję się jeść w takich miejscach. Tym razem nie powiem słowa o jedzeniu, bo ani go nie widziałem na oczy, ani go nie jadłem. Niezwykle cenię sobie miłą atmosferę, dobry smak i to „coś”, co jest często nie opisywalne, co sprawia że wracamy do lokalu, bo czujemy się tam dobrze. Jeżeli ktoś z Was tam jadł i było mu z tym dobrze, napiszcie proszę, może wrócę i zrobię ten krok, który dziś wydawał mi się wbrew wszelkiej logice i wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Ciąg dalszy jednak nastąpi(ł).

MAPA.

Autorem wpisu jest Daniel „Qń” Konieczny.




There are no comments

Add yours