http://streetfoodpolska.pl/web/wp-content/uploads/2017/02/IMG_0550-1050x788.jpg

A mogłem pójść na zapiekankę, czyli tektura na talerzu

Kocham jadać w „chińczykach”. Tych z górnej półki i tych bazarowych. Zwykle wychodzę zadowolony, ale czasami trafiam tak podle, że nóż się w kieszeni otwiera. I dziś niestety wpis z cyklu „Strzeż się tych miejsc”.

Nic nie zapowiadało katastrofy. Byliśmy w Częstochowie, wcześniej zjedliśmy świetny lunch w lokalu PierożeQ, humor dopisywał. Co prawda nie sprawdziłem w Google rekomendacji, weszliśmy tam z ulicy, ale wnętrze wyglądało przyjemnie, ceny raczej restauracyjne, własny parking… Menu zapowiadało się ciekawie:

Zaczęliśmy od standardu w takim miejscu, czyli sajgonek. Smażone na chrupko i … zatopione w żelu. Lubię sos słodko-kwaśny, ale zdecydowanie wolę dawkować go sobie sam. 

Sajgonki w sumie neutralne – ani bardzo złe ani dobre. Przeciętne i ledwie ciepłe.

Zupa „Owoce morza haisam”. Zamówiłem mając nadzieję na dobry wywar. Niestety, wywar smakował… jak woda. Nie miał smaku. Nic a nic. Nie wiem jakim cudem zupa z owocami morza może nimi nie pachnieć ani nie smakować ? A tu proszę bardzo – udało się. Żelowy płyn bez smaku i aromatu. Zjadłem ze trzy łyżki i zostawiłem.

Żona zamówiła sobie makaron w opcji „zrób to sam”. Wybrała wołowinę, grzyby mun, paprykę. Wyglądało ładnie:

Walorów smakowych żadnych – całość zdominował „aromat” spalenizny. Śmierdziało przypalonym wokiem po prostu, co skutecznie zniechęciło nas do konsumpcji.

Ja wybrałem wołowinę po wietnamsku. podana została na gorącym półmisku, ryż i surówka osobno. 

To danie, podobnie jak zupa, nie miało żadnego smaku. ŻADNEGO. Jakbym jadł tekturę. Próbowałem znaleźć smak w twardej wołowinie i nic. Zostawiłem po kilku kęsach.

Podsumowując: najgorzej wydane w tym roku pieniądze. Za wszystko (w tym dwa napoje) zapłaciłem 68 zł. Zdecydowanie nie polecam. A mogłem iść na zapiekankę po drugiej stronie ulicy… Żałuję, że tego nie zrobiłem.

Pan Wu – aleja Najświętszej Maryi Panny 28, 42-200 Częstochowa